sobota, 25 sierpnia 2012
Bursztyn i Shannon
To Shannon z Amber na randce chwilę zanim się wcięłam. To tak wyglądało z mojej perspektywy. Wiem że nogi Shannona mi troszkę nie wyszły.
Nikki-poprawiona
Imię: Nikki
Wiek: nieokreślony
Moc: demon
Historia: Żyłam w Kalfragorze, dziwacznej krainie rządzącej się swoimi prawami. Byłam przez osiemnaście lat człowiekiem. Potem w skutek przekleństwa zmieniłam się w wilka. Lata później uratowałam i pomogłam prawowitemu władcy tej krainy strącić uzurpatora z tronu. Wtedy, gdy zabiłam tyrana postawiono mine przed wyborem: mam pozostać wilkiem zgodnie ze swym przeznaczeniem i pomagać wilkom czy zmienić się w człowieka. Wybrałam bycie wilkiem. Na wskutek przypadku i mojej nie uwagi zpadłam w sidła pewnej watahy. Teraz jestem tam omegą. Moim największym problemem jest to że nie mogę zabić innego wilka. bo mam im pomagać. Nie szukam partnera ani rodziny. bo zbyt dużo złego spotkało mnie w życiu od tych którym ufałam.
Charakter: impulsywna, wrażliwa, skryta, z natury dobra, z wyboru zła
Kocham: bieganie, spanie, korzystanie z magii, przyjaźń
Nienawidzę: psów, zdrajców, nieudaczników
Wiek: nieokreślony
Moc: demon
Historia: Żyłam w Kalfragorze, dziwacznej krainie rządzącej się swoimi prawami. Byłam przez osiemnaście lat człowiekiem. Potem w skutek przekleństwa zmieniłam się w wilka. Lata później uratowałam i pomogłam prawowitemu władcy tej krainy strącić uzurpatora z tronu. Wtedy, gdy zabiłam tyrana postawiono mine przed wyborem: mam pozostać wilkiem zgodnie ze swym przeznaczeniem i pomagać wilkom czy zmienić się w człowieka. Wybrałam bycie wilkiem. Na wskutek przypadku i mojej nie uwagi zpadłam w sidła pewnej watahy. Teraz jestem tam omegą. Moim największym problemem jest to że nie mogę zabić innego wilka. bo mam im pomagać. Nie szukam partnera ani rodziny. bo zbyt dużo złego spotkało mnie w życiu od tych którym ufałam.
Charakter: impulsywna, wrażliwa, skryta, z natury dobra, z wyboru zła
Kocham: bieganie, spanie, korzystanie z magii, przyjaźń
Nienawidzę: psów, zdrajców, nieudaczników
środa, 22 sierpnia 2012
Podjęta decyzja
- Tutaj jesteś- usłyszałam głos Aika, który po chwili stanął na przeciwko mnie.
- Poszłam się napić, to tyle- wzruszyłam ramionami, wymuszając uśmiech.
- No to musiałaś długo pić- zaśmiał się, przytulając mnie.
- Yhym- kiwnęłam głową, nie bardzo zwracając uwagę na to, co mówi.
Przez kolejne pół godziny paplał jak najęty, o tym, jak mu dobrze ze mną, ile chciałby szczeniąt... Za każdym razem mruczałam jakieś niezrozumiałe odpowiedzi, myśląc tylko o jednej osobie. I to bynajmniej nie o nim.
- ... co o tym sądzisz, Amber? Amber? Amber!
- Co?!- zerwałam się na równe łapy, wyrwana z zadumy.
- Czy ty mnie w ogóle nie słuchasz?- spytał z wyrzutem.
- Co? Eee... nie, oczywiście, że cię słucham- uśmiechnęłam się przymilnie, liżąc go w policzek.- Po prostu zatraciłam się w.. wspomnieniach i jakoś tak wyszło...
- W wspomnieniach? O tej poprzedniej Watasze?
- Tak- mruknęłam, wychodząc z jaskini. Czułam, że Aik za mną podąża, ale postanowiłam to zignorować. Dopiero w okolicach legowiska Omeg, gdzie kątem oka spostrzegłam Shanona, mój "partner" zagrodził mi drogę.
Prychnął i wrócił do groty. Kiedy zniknął mi z oczu od razu poczułam niewymowną ulgę.
Mimochodem spojrzałam na grupkę najgorszych rangą i od razu odnalazłam odpowiedniego wilka. Wpatrywał się we mnie jego szarymi tęczówkami, rozmyślając nad czymś. Kiedy na jeden krótki moment nasze spojrzenia się spotkały, niemal natychmiast chciałam się uśmiechnąć. Ale wyglądałoby to podejrzanie, a wokół kręciły się wilki Alfy, które wciąż miały za zadanie obserwować mnie.
Odwróciłam wzrok i odeszłam w bliżej nieznanym mi kierunku. Zaszyłam się w krzakach i będąc niemal całkowicie zakryta przez liście, czekałam na upragnioną noc. Bardzo pragnęłam tego spotkania z Shanonem. Chciałam mu powiedzieć prawdę. Dlaczego odeszłam, dlaczego udaję, że coś czuję do Aika.... Wszystko. Wiedziałam, że to ryzykowne, nawet bardzo. Shanon ma swój charakterek i nigdy nie wiadomo jakiej reakcji się po nim można spodziewać. Ale już podjęłam decyzję, której nic i nikt by nie zmienił.
Musiałam tylko poczekać do północy...
- Poszłam się napić, to tyle- wzruszyłam ramionami, wymuszając uśmiech.
- No to musiałaś długo pić- zaśmiał się, przytulając mnie.
- Yhym- kiwnęłam głową, nie bardzo zwracając uwagę na to, co mówi.
Przez kolejne pół godziny paplał jak najęty, o tym, jak mu dobrze ze mną, ile chciałby szczeniąt... Za każdym razem mruczałam jakieś niezrozumiałe odpowiedzi, myśląc tylko o jednej osobie. I to bynajmniej nie o nim.
- ... co o tym sądzisz, Amber? Amber? Amber!
- Co?!- zerwałam się na równe łapy, wyrwana z zadumy.
- Czy ty mnie w ogóle nie słuchasz?- spytał z wyrzutem.
- Co? Eee... nie, oczywiście, że cię słucham- uśmiechnęłam się przymilnie, liżąc go w policzek.- Po prostu zatraciłam się w.. wspomnieniach i jakoś tak wyszło...
- W wspomnieniach? O tej poprzedniej Watasze?
- Tak- mruknęłam, wychodząc z jaskini. Czułam, że Aik za mną podąża, ale postanowiłam to zignorować. Dopiero w okolicach legowiska Omeg, gdzie kątem oka spostrzegłam Shanona, mój "partner" zagrodził mi drogę.
- Powinnaś w końcu zapomnieć o tej głupiej, nędznej Watasze, kochanie- mówił to spokojnie, lecz mogłam wyczuć w jego głosie nutkę groźby. W środku mnie zawrzało. Mógł mówić cokolwiek chciał, ale nie miał prawa tak się wyrażać na temat mojej rodziny.
- Tak się składa, że ta głupia, nędzna Wataha była i WCIĄŻ pozostaje moją rodziną, skarbie- odparłam głośno i dobitnie, wymijając go. Po chwili jednak zatrzymałam się i odwróciłam łeb w jego stronę.- A skoro jesteśmy partnerami, to chyba znaczy, że jest również TWOJĄ rodziną.Prychnął i wrócił do groty. Kiedy zniknął mi z oczu od razu poczułam niewymowną ulgę.
Mimochodem spojrzałam na grupkę najgorszych rangą i od razu odnalazłam odpowiedniego wilka. Wpatrywał się we mnie jego szarymi tęczówkami, rozmyślając nad czymś. Kiedy na jeden krótki moment nasze spojrzenia się spotkały, niemal natychmiast chciałam się uśmiechnąć. Ale wyglądałoby to podejrzanie, a wokół kręciły się wilki Alfy, które wciąż miały za zadanie obserwować mnie.
Odwróciłam wzrok i odeszłam w bliżej nieznanym mi kierunku. Zaszyłam się w krzakach i będąc niemal całkowicie zakryta przez liście, czekałam na upragnioną noc. Bardzo pragnęłam tego spotkania z Shanonem. Chciałam mu powiedzieć prawdę. Dlaczego odeszłam, dlaczego udaję, że coś czuję do Aika.... Wszystko. Wiedziałam, że to ryzykowne, nawet bardzo. Shanon ma swój charakterek i nigdy nie wiadomo jakiej reakcji się po nim można spodziewać. Ale już podjęłam decyzję, której nic i nikt by nie zmienił.
Musiałam tylko poczekać do północy...
~~~~
Tak jakby pierwsza moja notka na tym blogu, juhu :D Wciąż na niektórych czekamy z dołączeniem, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. Musimy teraz rozkręcić Watahę! xD
AMBER
czwartek, 16 sierpnia 2012
Decyzja-Nikki
Shanon nie podobał mi się. Jedynym jego interesującym aspektem było to że był demonem na tyle głupim by nie zabić tej całej watahy. I jego zainteresowanie Amber.
Chciałam wyrwać się z tej watahy, jeśli można by było ich też chciałabym z tego uwolnić. Nie miałam jednak mocy by zabić tę watahę Byłam demonem, lecz nie złym.
Była noc. Shanon leżał trochę z dala od innych omeg. Przyszła do niego ta wadera-Amber. Mówiła cos i liznęła go po pysku. Gdy odeszła, Shanon zranił się kamieniem. Masochista. Nie interesowało mie co zamoeża dalej.
Rano znów byli razem nad strumieniem. Nie zamierzałam pozostawić ich samych sobie żeby ciągle męczyli się tu. Jeśli koniecznie nie chcą unicestwić tej watahy i narazić się na jej ciągły gniew to muszę im na to pozwolić.
-Shanon! -powiedziałam gdy Amber oddaliła się. Odwrócił się niechętnie.
-Nie. Już to ustaliliśmy. Nie zniszczę tej watachy choćby i z użyciem twojej energii.
-Nie o to mi chodzi. Jeśli koniecznie nie chcecie tego to dobrze. Ale umożliwię wam ucieczkę. Pogadaj o tym ze swoją dziewczyną na schadzce o północy. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć ode mnie będę tam gdzie zawsze.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Spotkamy sie później
Wiedziałem że się zbliża, zanim ją ujrzałem. To dziwne uczucie nie pozwalało mi zasnąć, kazało czuwać i robiło ze mnie debila ponad trzy godziny. Teraz jednak znalazło swe usprawiedliwienie. Ona kroczyła w mym kierunku.
Szła powoli, a wahanie niemal biło z jej oczu. Myślała na pewno o tym czy by jednak nie zawrócić i nie przylgnąć do swego Alfy. Jednak teraz to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Kiedy patrzyłem na jej profil oświetlony blaskiem gwiazd, całkowicie zapomniałem o tak solidnie podsycanym gniewie.Przymknąłem powieki, mając nadzieję że to ją zmyli i odejdzie. Jednak nie podziałało, a mnie omiótł jej słodki zapach. Po chwili wyczekiwania i niepewności, poczułem jak trąca mnie nosem, Przez głowę przebiegła mi odruchowo myśl, czy aby na nią nie naskoczyć, jednak znikła tak szybko jak się pojawiła, a mój umysł owiała pustka. Leżałem nadal spokojnie, niczym dotknięty czarodziejską różdżką i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Amber zaczęła coś mówić, lecz do mnie docierały z trudem tylko pojedyncze słowa: Chciałam...że...rok...założyłam...watahę...chciałam...wiedział. Przetwarzanie tych skrawków zdań zajęło mi dłuższą chwilę. Nie miałem bladego pojęcia co chciała mi przekazać. Nagle wszystko ułożyło mi się w głowie: " Chciałam ci powiedzieć, że zmarnowałam rok życia. Teraz założyłam nową watahę. Chciałam żebyś wiedział." A więc zadecydowała i naprawdę postanowiła nas opuścić. Z trudem powstrzymałem się by się nie zerwać z ziemi i nie wygarnąć jej w pysk. Pozostałem w tej pozycji tylko i wyłącznie dlatego, że mnie zaskoczyła, polizała mnie:
"Bawi się mną"-myśl przeleciała mi przez umysł z prędkością światła.
"Ale to całkowicie nie podobne do Amber"
Lecz zanim zdołałem cokolwiek odpowiedzieć, poczułem że wadera się oddala. Otworzyłem oczy i przyglądałem się jak powłóczy łapami ze spuszczonym łbem. Nagle zatrzymała się, spojrzała na księżyc, uniosła pysk do nieba i zawyła dając upust swym emocją, a następnie odeszła znikając mi z oczu w ciemności, lecz teraz kroczyła z wysoko uniesioną głową.
Zerwałem się czym prędzej z ziemi, pokonałem w sobie chęć pognania za nią i zacząłem się powoli cofać, kręcąc z wolna łbem:
" Co to w ogóle miało znaczyć. Przychodzi do mnie w nocy, powiadamia mnie że zamierza prowadzić nowe życie, a następnie znika. Ale nie od tak sobie, przecież polizała mnie... może jeszcze nie wszystko stracone, może jeszcze mamy szanse na to by...O czym ja w ogóle myślę! ". Złapałem pierwszy z brzegu kamień wbiłem go sobie zaostrzonym końcem w ramię i szybkim ruchem pociągnąłem ku dołowi. Moim ciałem wstrząsły drgawki, kamień wypadł z łapy, a w umyśle pojawiły się pierwotne instynkty. Złapałem się za krwawiącą kończynę, powstrzymując się by nie jęknąć. Ale jednak udało mi się osiągnąć pożądany cel, już nie myślałem, czułem, czułem wyłącznie przejmujący ból.
Po kilkunastu próbach udało mi się w końcu dźwignąć na cztery łapy. Chwiałem się trochę i świat mi wirował w oczach, lecz ruszyłem powoli w stronę leża omeg. Potykając się i lądując co kilka kroków na ziemi, doczołgałem się jakoś i jak wcześniej, ułożyłem się w miarę wygodnie pod drzewem. Przez kilkanaście następnych minut, przekręcałem się z boku na bok, z powodu uciążliwego, pulsującego bólu w łapie. Dopiero przed świtem zmęczenie wzięło górę i ból zaczął mnie opuszczać, pozostając jakby za szklaną szybą.
Pod zamkniętymi powiekami pojawił się przedziwny obraz. Spoglądałem na samego siebie spokojnie śpiącego pod drzewem. Z jakiegoś powodu nie uważałem tego za dziwny widok. Po chwili zapomniałem o tym, że coś w tej zaistniałej sytuacji mi nie pasuje, a mój wzrok przykuł ruch na drzewie. Na początku stwierdziłem, że był to fałszywy alarm, jednak kiedy ponownie wytężyłem wzrok, okazało się, że coś ukrywa się w cieniu dębowych liści.
Zestresowany, ze wstrzymanym oddechem przyglądałem się drzewu. Powoli jak by w zwolnionym tempie z mroku zaczęło się coś wyłaniać. Po chwili byłem pewien, że nieznana dotąd istota okazała się wilczycą, jednak to mnie nie uspokoiło. Wadera miała przeraźliwie odstręczający wygląd. Jej na pewno niegdyś białe futro było brudne i pozlepiane, jakby obślinione, czarne jak dwa węgle oczy wiały niepokojącą pustką, a ich właścicielka była wychudzona do granic możliwości. Potwór, bo inaczej jej chyba nie dało się określić, zsuwał się po pniu bezszelestnie i z każdym maleńkim krokiem był bliżej mnie. Gdy tak z boku przyglądałem się tej scenie, na myśl przyszedł mi obraz skradającej się do ofiary jaszczurki. Właśnie... ofiary, dopiero teraz poczułem przejmujący strach, chciałem krzyknąć, ostrzec bym się w tej chwili obudził, jednak nic nie działało, a wadera była coraz bliżej. Zatrzymała się wisząc na pniu, kilka cali ode mnie. Powoli otworzyła pysk, z którego powoli popłynęła gęsta posoka. Przez chwilę patrzyłem na to jak zahipnotyzowany, lecz kiedy ciemna ciecz zaczęła skapywać na mój kark wyrwałem się z odrętwienia. Teraz spoglądałem na to niemal z namacalnym obrzydzenie, lecz nic nie mogłem poradzić na to że ciecz zalewa mnie, oraz ziemię pode mną, tworząc czarna kałużę.
Poderwałem się z ziemi i z oczami strzelającymi w każdą stronę, przeczesałem pobliski teren. Następnie odważyłem się spojrzeć na dąb. Ku mojej wielkiej uldze nic się na nim nie czaiło. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem uspokajać kołatające serce. Miałem już nieraz koszmary, lecz nigdy tak realistyczne. Zacząłem ponownie odtwarzać w pamięci sen, kiedy coś mnie zastanowiło. Podniosłem łapę i zacząłem macać swój łeb. Był cały sklejony. Po chwili doszło do mnie co musiało zajść. Podczas snu zarzuciłem rozcięta łapę na głowę, a z krew cieknąca z rany zalała mi kark. To także wyjaśniało ten nienormalny sen. Uśmiechnąłem się, spojrzałem na gojącą się na przedramieniu ranę, i zdałem sobie sprawę, że muszę mieć sklejoną krwią sierść na całym pysku.
No cóż szczęście w nieszczęściu i tak miałem zamiar iść przepłukać ranę, więc nie robiło mi to zbytniej różnicy, że wykąpie się cały. Ruszyłem powoli, utykając trochę na przednią łapę, w stronę strumienia. Dojście tam zajęło mi więcej czasu niż zwykle, przedarłem się przez krzaki i już stałem na brzegu. Spojrzałem na swoje odbicie w wodzie i zauważyłem jak na moje oblicze wkrada się grymas niezadowolenia. Wyglądałem gorzej niż się spodziewałem, całkiem jak bym ledwo uszedł z krwawej wojny. Podniosłem wzrok i miałem już wejść do wody, kiedy poczułem, że ktoś mi się przygląda. Odwróciłem się i spostrzegłem siedzącą parę metrów dalej Amber. "Jeszcze jej mi tu brakowało"-mruknąłem do siebie w myślach. Spojrzałem zmów w wodę, postanawiając ją ignorować , lecz dobiegł mnie głos:
-Co ci się stało?-zapytała z lekko wyczuwalnym zmartwieniem.
-Nic takiego, małe rozcięcie dużo krwi.
-Pokaż.- powiedziała, podchodząc bliżej.
-Mówię przecież, że to nic takiego.
Wadera nie dała za wygraną i wyciągnęła łapę, w moim kierunku. Stłumiłem warkot i podałem jej ranną kończynę. Spojrzała, robiąc przy tym wielkie oczy i mruknęła:
-Taa ...małe rozcięcie, wygląda raczej jak byś chciał przepołowić łapę.
Wyrwałem jej się bez słowa i zanurzyłem ranę w lodowatej wodzie strumienia. Starałem się nie krzywić, lecz czułem że raczej mi to nie wychodzi.
-Poczekaj, nie tak.-powiedziała wadera.-Musisz to delikatnie przemyć.
-Tak będzie o wiele szybciej.-warknąłem
-Ehhh. Daj ja to zrobię.-spojrzałem na nią niepewnie , ale wyciągnąłem łapę z wody i jej podałem.
Amber nabrała wody i delikatnie polała nią ranę. Piekło trochę, ale nie tak bardzo by syczeć i się krzywić. Powtórzyła manewr kilka razy, a następnie powiedziała:
-Skończone.
-Dzięki.-rzuciłem jej krótkie spojrzenie.
-Cały musiałeś ubabrać się tą krwią ? -zapytała po chwili.
-Jakoś tak wyszło.-spojrzałem nie chętnie na lodowatą wodę, ale i tak przecież musiałem tam kiedyś wejść. Zacząłem się podnosić kiedy Amber powiedziała:
-Zaczekaj.-nabrała jeszcze raz wody i zaczęła ocierać z krwi mój pysk. Spojrzałem na nia zaskoczony. Wilczyca spuściła wzrok:
-Shanon ja...-przerwał jej głos wołającego ją Aika.
Zobaczyłem jak waha się co zrobić i powiedziałem:
-Idź-chciała jeszcze coś powiedzieć,lecz Aik zawołał ponownie i po głosie dało sie słyszeć, że zbliża się w naszą stronę.-Idź pogadamy później.-zerknęła na mnie niepewna.-Obiecuję, tutaj o północy, a teraz idź.
Wadera skinęła głową i oddaliła się, a ja siedziałem i odprowadziłem ją wzrokiem dopóki całkowicie nie zniknęła mi z pola widzenia.
___________________________________________________________
Koniec trochę nie wypalił, ale wyjeżdżam za 15 min i nie mam zbytnio czasu. Nie wiedziałem jak opisać tą scenę ze snem, ale myślę że się w miarę połapiecie o co chodzi.
SHANON
Szła powoli, a wahanie niemal biło z jej oczu. Myślała na pewno o tym czy by jednak nie zawrócić i nie przylgnąć do swego Alfy. Jednak teraz to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Kiedy patrzyłem na jej profil oświetlony blaskiem gwiazd, całkowicie zapomniałem o tak solidnie podsycanym gniewie.Przymknąłem powieki, mając nadzieję że to ją zmyli i odejdzie. Jednak nie podziałało, a mnie omiótł jej słodki zapach. Po chwili wyczekiwania i niepewności, poczułem jak trąca mnie nosem, Przez głowę przebiegła mi odruchowo myśl, czy aby na nią nie naskoczyć, jednak znikła tak szybko jak się pojawiła, a mój umysł owiała pustka. Leżałem nadal spokojnie, niczym dotknięty czarodziejską różdżką i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Amber zaczęła coś mówić, lecz do mnie docierały z trudem tylko pojedyncze słowa: Chciałam...że...rok...założyłam...watahę...chciałam...wiedział. Przetwarzanie tych skrawków zdań zajęło mi dłuższą chwilę. Nie miałem bladego pojęcia co chciała mi przekazać. Nagle wszystko ułożyło mi się w głowie: " Chciałam ci powiedzieć, że zmarnowałam rok życia. Teraz założyłam nową watahę. Chciałam żebyś wiedział." A więc zadecydowała i naprawdę postanowiła nas opuścić. Z trudem powstrzymałem się by się nie zerwać z ziemi i nie wygarnąć jej w pysk. Pozostałem w tej pozycji tylko i wyłącznie dlatego, że mnie zaskoczyła, polizała mnie:
"Bawi się mną"-myśl przeleciała mi przez umysł z prędkością światła.
"Ale to całkowicie nie podobne do Amber"
Lecz zanim zdołałem cokolwiek odpowiedzieć, poczułem że wadera się oddala. Otworzyłem oczy i przyglądałem się jak powłóczy łapami ze spuszczonym łbem. Nagle zatrzymała się, spojrzała na księżyc, uniosła pysk do nieba i zawyła dając upust swym emocją, a następnie odeszła znikając mi z oczu w ciemności, lecz teraz kroczyła z wysoko uniesioną głową.
Zerwałem się czym prędzej z ziemi, pokonałem w sobie chęć pognania za nią i zacząłem się powoli cofać, kręcąc z wolna łbem:
" Co to w ogóle miało znaczyć. Przychodzi do mnie w nocy, powiadamia mnie że zamierza prowadzić nowe życie, a następnie znika. Ale nie od tak sobie, przecież polizała mnie... może jeszcze nie wszystko stracone, może jeszcze mamy szanse na to by...O czym ja w ogóle myślę! ". Złapałem pierwszy z brzegu kamień wbiłem go sobie zaostrzonym końcem w ramię i szybkim ruchem pociągnąłem ku dołowi. Moim ciałem wstrząsły drgawki, kamień wypadł z łapy, a w umyśle pojawiły się pierwotne instynkty. Złapałem się za krwawiącą kończynę, powstrzymując się by nie jęknąć. Ale jednak udało mi się osiągnąć pożądany cel, już nie myślałem, czułem, czułem wyłącznie przejmujący ból.
Po kilkunastu próbach udało mi się w końcu dźwignąć na cztery łapy. Chwiałem się trochę i świat mi wirował w oczach, lecz ruszyłem powoli w stronę leża omeg. Potykając się i lądując co kilka kroków na ziemi, doczołgałem się jakoś i jak wcześniej, ułożyłem się w miarę wygodnie pod drzewem. Przez kilkanaście następnych minut, przekręcałem się z boku na bok, z powodu uciążliwego, pulsującego bólu w łapie. Dopiero przed świtem zmęczenie wzięło górę i ból zaczął mnie opuszczać, pozostając jakby za szklaną szybą.
Pod zamkniętymi powiekami pojawił się przedziwny obraz. Spoglądałem na samego siebie spokojnie śpiącego pod drzewem. Z jakiegoś powodu nie uważałem tego za dziwny widok. Po chwili zapomniałem o tym, że coś w tej zaistniałej sytuacji mi nie pasuje, a mój wzrok przykuł ruch na drzewie. Na początku stwierdziłem, że był to fałszywy alarm, jednak kiedy ponownie wytężyłem wzrok, okazało się, że coś ukrywa się w cieniu dębowych liści.
Zestresowany, ze wstrzymanym oddechem przyglądałem się drzewu. Powoli jak by w zwolnionym tempie z mroku zaczęło się coś wyłaniać. Po chwili byłem pewien, że nieznana dotąd istota okazała się wilczycą, jednak to mnie nie uspokoiło. Wadera miała przeraźliwie odstręczający wygląd. Jej na pewno niegdyś białe futro było brudne i pozlepiane, jakby obślinione, czarne jak dwa węgle oczy wiały niepokojącą pustką, a ich właścicielka była wychudzona do granic możliwości. Potwór, bo inaczej jej chyba nie dało się określić, zsuwał się po pniu bezszelestnie i z każdym maleńkim krokiem był bliżej mnie. Gdy tak z boku przyglądałem się tej scenie, na myśl przyszedł mi obraz skradającej się do ofiary jaszczurki. Właśnie... ofiary, dopiero teraz poczułem przejmujący strach, chciałem krzyknąć, ostrzec bym się w tej chwili obudził, jednak nic nie działało, a wadera była coraz bliżej. Zatrzymała się wisząc na pniu, kilka cali ode mnie. Powoli otworzyła pysk, z którego powoli popłynęła gęsta posoka. Przez chwilę patrzyłem na to jak zahipnotyzowany, lecz kiedy ciemna ciecz zaczęła skapywać na mój kark wyrwałem się z odrętwienia. Teraz spoglądałem na to niemal z namacalnym obrzydzenie, lecz nic nie mogłem poradzić na to że ciecz zalewa mnie, oraz ziemię pode mną, tworząc czarna kałużę.
Poderwałem się z ziemi i z oczami strzelającymi w każdą stronę, przeczesałem pobliski teren. Następnie odważyłem się spojrzeć na dąb. Ku mojej wielkiej uldze nic się na nim nie czaiło. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem uspokajać kołatające serce. Miałem już nieraz koszmary, lecz nigdy tak realistyczne. Zacząłem ponownie odtwarzać w pamięci sen, kiedy coś mnie zastanowiło. Podniosłem łapę i zacząłem macać swój łeb. Był cały sklejony. Po chwili doszło do mnie co musiało zajść. Podczas snu zarzuciłem rozcięta łapę na głowę, a z krew cieknąca z rany zalała mi kark. To także wyjaśniało ten nienormalny sen. Uśmiechnąłem się, spojrzałem na gojącą się na przedramieniu ranę, i zdałem sobie sprawę, że muszę mieć sklejoną krwią sierść na całym pysku.
No cóż szczęście w nieszczęściu i tak miałem zamiar iść przepłukać ranę, więc nie robiło mi to zbytniej różnicy, że wykąpie się cały. Ruszyłem powoli, utykając trochę na przednią łapę, w stronę strumienia. Dojście tam zajęło mi więcej czasu niż zwykle, przedarłem się przez krzaki i już stałem na brzegu. Spojrzałem na swoje odbicie w wodzie i zauważyłem jak na moje oblicze wkrada się grymas niezadowolenia. Wyglądałem gorzej niż się spodziewałem, całkiem jak bym ledwo uszedł z krwawej wojny. Podniosłem wzrok i miałem już wejść do wody, kiedy poczułem, że ktoś mi się przygląda. Odwróciłem się i spostrzegłem siedzącą parę metrów dalej Amber. "Jeszcze jej mi tu brakowało"-mruknąłem do siebie w myślach. Spojrzałem zmów w wodę, postanawiając ją ignorować , lecz dobiegł mnie głos:
-Co ci się stało?-zapytała z lekko wyczuwalnym zmartwieniem.
-Nic takiego, małe rozcięcie dużo krwi.
-Pokaż.- powiedziała, podchodząc bliżej.
-Mówię przecież, że to nic takiego.
Wadera nie dała za wygraną i wyciągnęła łapę, w moim kierunku. Stłumiłem warkot i podałem jej ranną kończynę. Spojrzała, robiąc przy tym wielkie oczy i mruknęła:
-Taa ...małe rozcięcie, wygląda raczej jak byś chciał przepołowić łapę.
Wyrwałem jej się bez słowa i zanurzyłem ranę w lodowatej wodzie strumienia. Starałem się nie krzywić, lecz czułem że raczej mi to nie wychodzi.
-Poczekaj, nie tak.-powiedziała wadera.-Musisz to delikatnie przemyć.
-Tak będzie o wiele szybciej.-warknąłem
-Ehhh. Daj ja to zrobię.-spojrzałem na nią niepewnie , ale wyciągnąłem łapę z wody i jej podałem.
Amber nabrała wody i delikatnie polała nią ranę. Piekło trochę, ale nie tak bardzo by syczeć i się krzywić. Powtórzyła manewr kilka razy, a następnie powiedziała:
-Skończone.
-Dzięki.-rzuciłem jej krótkie spojrzenie.
-Cały musiałeś ubabrać się tą krwią ? -zapytała po chwili.
-Jakoś tak wyszło.-spojrzałem nie chętnie na lodowatą wodę, ale i tak przecież musiałem tam kiedyś wejść. Zacząłem się podnosić kiedy Amber powiedziała:
-Zaczekaj.-nabrała jeszcze raz wody i zaczęła ocierać z krwi mój pysk. Spojrzałem na nia zaskoczony. Wilczyca spuściła wzrok:
-Shanon ja...-przerwał jej głos wołającego ją Aika.
Zobaczyłem jak waha się co zrobić i powiedziałem:
-Idź-chciała jeszcze coś powiedzieć,lecz Aik zawołał ponownie i po głosie dało sie słyszeć, że zbliża się w naszą stronę.-Idź pogadamy później.-zerknęła na mnie niepewna.-Obiecuję, tutaj o północy, a teraz idź.
Wadera skinęła głową i oddaliła się, a ja siedziałem i odprowadziłem ją wzrokiem dopóki całkowicie nie zniknęła mi z pola widzenia.
___________________________________________________________
Koniec trochę nie wypalił, ale wyjeżdżam za 15 min i nie mam zbytnio czasu. Nie wiedziałem jak opisać tą scenę ze snem, ale myślę że się w miarę połapiecie o co chodzi.
SHANON
niedziela, 5 sierpnia 2012
SEA! WYJDZIESZ ZA MNIE?!
Leciałem dosyć szybko nad gęstym lasem, aż ujrzałem bardzo znajomą mi grotę. Zanurkowałem i gładko wylądowałem na ziemi. Niepewnie rozejrzałem się wokół siebie i wtedy jakaś biała postać rzuciła się na mnie drąc się w niebo głosy:
- YUDARIN!!! - Rozpoznałem w niej Azo.
- Dobra przestań bo mnie udusisz - odparłem ledwo łapiąc oddech.
- Gdzie ty byłeś? Wiesz jak się martwiłam?
- Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Gdzie jest reszta?
- Chyba w jaskini. Nie wiem. Dopiero, co wróciłam z polowania – odparła, a ja dostrzegłem za jej plecami dosyć grubego jelenia, którym bawił się już dosyć duży Axel. Szczeniak chyba mnie nie pamiętał.
- Hej młody – zawołałem go, a on spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
- Znamy się? - zapytał zdezorientowany.
- Teraz to mnie załamałeś – odparłem robiąc niezadowoloną minę. - Yudarina nie pamiętasz?
- Coś mi świta, a co? On przecież odszedł.
- Chyba ty – oznajmiłem oburzony. - Ja się teraz nigdzie nie wybieram. Mam przy okazji jedną ważniejszą informację.
- No to słuchamy – powiedział ktoś z jaskini i ze zdumieniem w wejściu ujrzałem wyczerpaną Seę.
- Wiem, gdzie jest Shanon i Amber. I wiem jak tam dotrzeć.
- O Amber wszyscy już wiemy, a Shanon – westchnęła głęboko. - Shanon sam sobie poszedł.
- Nie wiem czy sam, czy ktoś go do tego zmusił, ale robi za Omegę w Watasze Ognia, a Amber za partnerkę tego całego Aik'a. Trzeba jej jakoś pomóc! Na początku nie skojarzyła, kim jestem! Tak nie może być! - wrzasnąłem, żeby wszyscy mnie usłyszeli. - A i tak przy okazji to, dlaczego tu tak jakoś smutno jest?
- Wiesz sytuacja nie jest zbyt wesoła. Nie ma Alfy i Delty. Cała odpowiedzialność spadła na mnie, a mi to nie za bardzo pasuje – oznajmiła Sea. Uśmiechnąłem się chytrze. - O nie Yudarin, co ty kombinujesz?
- Coś, po czym wszyscy poczujecie się lepiej dobra? - zapytałem, chociaż i tak zamierzałem to zrobić. Wielką rozróbę czas zacząć. - Azo chodź no na moment.
- Już lecę braciszku – powiedziała i potruchtała za mną w las. Trzeba rozpocząć zabawę w „tulimy!” - To ja mam przytulić Inę i Kazana, a ty Seę i Hessę.
- Przydałoby się jeszcze szczeniaki w to włączyć – oznajmiłem zadowolony z siebie. - I pamiętaj, że masz się na nich paczać takim wytrzeszczem jak przed chwilą na mnie dobra?
Spojrzała na mnie tymi swoimi paczadłami, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem. Zacząłem wić się na ziemi ze śmiechu, aż w końcu się opanowałem.
- Dobrze jest – powiedziałem dusząc się ze śmiechu. Po chwili oboje ruszyliśmy w kierunku watahy ciesząc się jak głupi do sera. Pierwszą osobą, na którą wpadłem była Hessa, którą uściskałem najmocniej jak mogłem, a potem wpatrywałem się w jej gały moimi paczadłami dopóki nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Chichotała jak nigdy. Kolejną osobą na mojej liście była Sea, którą również mocno uściskałem, a kiedy moje gały nie zadziałały, co bardzo mnie zdziwiło zawołałem głośno:
- SEA! WYJDZIESZ ZA MNIE?! - Spojrzała na mnie jak na idiotę, a ja zacząłem śmiać się z jej miny jak nigdy. To było bezcenne. Reszta również zwijała się na ziemi ze śmiechu. Ona sama również zaczęła się śmiać, co bardzo mnie ucieszyło. Razem z Azo poderwaliśmy się z ziemi i polecieliśmy w górę. Postanowiliśmy z chmur ułożyć wielki napis. Po chwili widać było tam pytanie „Jak można zapomnieć Yudarina i Azo?”, a pod spodem zdanie „Nie można!” Z dołu słyszeliśmy śmiechy, a po chwili zadowolony z siebie skoczyłem na siostrę i zaczęliśmy spadać w dół. Spojrzała na mnie ze strachem, ale widząc moją minę wystraszyła się jeszcze bardziej. Na moim pysku wymalowana była niechęć do białej wilczycy, którą widziałem całkiem niedawno. Nazywała się... chyba... Nyx czy jakoś tak. Szybowała po jasnym niebie tak, że ciężko ją było odróżnić od bardzo jasnego błękitu. Gdy wreszcie się opanowałem wypuściłem siostrę i wyrównałem lot. Po chwili wpadłem na genialny pomysł. Podzieliłem się nim z siostrą, a ona z radością na to przystała. Oboje zaczęliśmy krążyć nad jaskinią, aby, po chwili zanurkować gwałtownie i porwać pierwszą lepszą osobę z ziemi. Moją ofiarą stał się Kazan, którego Azo raczej by nie uniosła. Trzymałem go łapami i wykonywałem szalone akrobacje, aby tylko jak najbardziej go wystraszyć. To samo robiła Azo z Hessą, a ku mojemu zdziwieniu Ina dźwigała Seę. I wtedy coś walnęło we mnie z całą swoją siłą tak, że wypuściłem Kazana z łap i sam zacząłem spadać. W ostatniej chwili zdołałem się zorientować, co robię i złapałem Kazana, po czym z trudem wylądowałem. Wilk roztrzęsiony powlókł się w kierunku watahy, a ja ponownie zostałem przez coś zaatakowany. Straciłem przytomność, a potem już tylko ciemność i pustka.
_________________________________
No to już :) Sorry za tamte dwa komentarze, bo miał być tylko jeden, ale nie chciały się dodać. WENA WRÓCIŁA!!! HURRA!! W mojej następnej notce Azo już znika i wtedy Amber grzecznie usunie ją z watahy. I chyba zapomnieliśmy o Nyx, bo coś ostatnio się nikt nie odzywa to postanowiłem trochę ją odżyć xD
Yudarin
URODZINY
Już od paru dobrych dni Shanon i ta dziwna wilczyca spędzali ze sobą dużo czasu. Coraz częściej przyłapywałam siebie na zerkaniu na tą parkę podczas posiłków lub obchodów. Tymczasem moja prawdziwa Wataha nie wiadomo co robiła, jak sobie radziła. Odczuwałam wielki smutek, gdy myślałam o Sei, Yudarinie, Inie i reszcie. Często wspominałam nasze różne wybryki i w całkiem nieodpowiednich momentach, jak na przykład na polowaniu, wybuchałam niepochamowanym śmiechem. Niestety, po chwili zapomnienia uderzała we mnie bolesna rzeczywistość. Moja Wataha była gdzieś tam daleko, a ja musiałam tu gnić. I na dodatek Shanon mnie znienawidził. Wiedziałam o tym, widziałam jego minę, gdy go czasem mijałam, i te jego oczy... Pełne nienawiści oczy. Nie potrafiłam dłużej na niego patrzeć, bo zbierało mi się na płacz, a tego najmniej teraz potrzebowałam. Aika, który próbowałby mnie rozweselić. Od samego rana czułam się dziwnie. Byłam rozkojarzona i jakaś taka nieobecna. Ciągle myślami byłam tam, gdzie moja prawdziwa rodzina. Nie zwracałam nawet uwagi na tą podejrzaną wilczycę, która tak się nagle zbliżyła do Shanona. Wiedziałam, że to już paranoja, ale zdawało mi się, że coś knują. "W sumie to nawet dobrze, niech Shanon ucieka z tego wariatkowa..." pomyślałam, wychodząc z jaskini. Rozejrzałam się czy przypadkiem go nie ma w pobliżu, po czym skierowałam swe kroki do rzeki. Ostatnio często chciało mi się pić. Kolejna rzecz, której nie rozumiałam.Już miałam podejść do wody, gdy zobaczyłam nad nią Shanona i tą Omegę. Z początku chciałam odejść, lecz zaraz pomyślałam, że w końcu mam prawo wiedzieć, o czym rozmawiają Omegi. "Omegi... jeszcze nie tak dawno on był Deltą" westchnęłam w myślach, zaszywając się w krzakach. Wstrzymałam oddech, by przypadkiem mnie nie usłyszeli.
- Co mam zrobić?- spytał niedowierzająco.
- Doskonale już wiesz co. Proszę, to jedyny sposób by się stąd wydostać.
- Ale zabić? Ich wszystkich? Oszalałaś?!
- Nie wyglądasz mi na wilka, którego nawiedza poczucie winy- warknęła zdenerwowana.- Jeśli tak bardzo ci to nie pasuje, to może znajdę sobie innego Demona.
- To nie możliwe- żachnął się, kręcąc łbem. Tak bardzo teraz przypominał tego Shanona, którego lubiłam najbardziej.- Po prostu nie chcę się nazbyt zmęczyć.
- Kręcisz. Co cię powstrzymuje przed wybiciem tych idiotów?
- NIC!- odparł stanowczno, wstając.- Ale to ja mam tutaj tracić siły, więc gramy na moich warunkach. Wystarczy zrobić trochę zamieszania i pryśniemy przy pierwszej, lepszej okazji.
- Niech ci będzie- wadera miała kamienną twarz, lecz czułam, że w środku niej wrzało. Widocznie bardzo nie cierpiała tej Watahy.- Kiedy?
- Niedługo.
Widząc, że oboje zbierają się do powrotu, czmychnęłam z krzaków i nie widząc lepszego wyjścia, udałam, że kieruję się w stronę rzeki, chociaż nagle odechciało mi się pić. Głowę miałam spuszczoną, przez co niechcący na któregoś z nich wpadłam.
- Au- jęknął męski baryton, a ja miałam ochotę schować się pod ziemię. Najmniej teraz potrzebowałam spotkania pyskiem w pysk z NIM.
- Uważaj, jak chodzisz- warknął, wstając.
- A ty uważaj do kogo mówisz.- Odparłam, siląc się na spokojny głos.
- Jakbyś nie wiedziała, że nigdy nie zwracam na to uwagi- uśmiechnął się cierpko, wywołując na moim ciele dreszcze.
- Shanon!- jęknęła wilczyca obok, najwyraźniej bojąc się, że poskarżę się na nich Alfie. Zlustrowałam ją krytycznym wzrokiem, po czym ponownie spojrzałam na wilka.
- Wracajcie do reszty Omeg.
Prychnął, przechodząc obok mnie. Wadera podążyła za nim, wyraźnie skruszona. Odprowadziłam ich wzrokiem, po czym wróciłam się do jaskini." A więc Shanon ma ochotę nastraszyć nas Demonami?" spytałam się w myślach, naburmuszona kładąc się w kącie. " Przeklęty debil!" jęknęłam, chowając pysk w łapach. "Cholernie przystojny i pociągający debil."
Wieczorem wyszłam z "domu", mając dość użalania się nad sobą. Było już dość późno, większość wilków położyła się już spać. Księżyc świecił dzisiaj jasno, a na niebie migały tysiące gwiazd. Nie było ani jednej chmurki. Wciągnęłam duże ilości powietrza w płuca, po czym wypuściłam je, chcąc się nacieszyć tą niezwykle piękną nocą. Nagle coś mi się przypomniało. Z początku zdawało mi się, że to pamięć płata mi figle, ale nie. Coś mi wyraźnie mówiło, że dokładnie rok temu powstała ta Wataha. " To już rok..." pomyślałam, próbując oswoić się z tą myślą. Było to takie nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Nagle do głowy przyszedł mi dziwny i szalony pomysł. Byłam niemal pewna, że on mnie zabije, ale w sumie byłoby to dla mnie nawet wybawieniem. Potruchtałam do miejsca, gdzie Shanon zazwyczaj sypiał. Było to w odosobnieniu od reszty Omeg, przy wielkim drzewie. Leżał oparty jednym bokiem o pień. Korzystając z mocy natury, skojarzyłam, że jeszcze nie śpi. Mimo to, jego oddech był miarowy. Miałam nadzieję, że miał dzisiaj dobry humor, mimo porannej konwersacji. Podeszłam do niego powoli. Na pewno już się zorientował, że jestem blisko niego, ale nie reagował. Podeszłam jeszcze bliżej, a serce mocniej mi zabiło. W świetle księżyca wyglądał wyjątkowo dobrze. Postanowiłam zrobić coś, co prawdopodobnie mogłoby mnie zgubić, ale z powodu tego ważnego dnia, byłam odważniejsza niż zazwyczaj w jego towarzystwie. Trąciłam jego pysk nosem, zamykając przy tym oczy ze strachu. Byłam gotowa na atak z jego strony, lecz nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam powoli oczy. Jego były zamknięte, chociaż twarz wyrażała, że nad czymś się głęboko zastanawia. "Pewnie nad tym czy mnie zabić, czy nie".
- Chciałam tylko powiedzieć...- mruknęłam cicho, przerywając ciszę.- Że... że... - wzięłam głęboki wdech i wydech." No wyrzuć to z siebie".- Dzisiaj są urodziny naszej Watahy... Dzisiaj mija rok odkąd... Odkąd założyłam Watahę Życia i Śmierci... Chciałam tylko... Żebyś wiedział...
Nie odpowiedział mi. Rozumiałam go, w końcu miał pełne prawo mnie nie znosić po tym, co zrobiłam. "Gdyby tylko wiedział, że zrobiłam to dla Watahy...". Poczułam nagle wzmożoną chęć pokazania mu, że nadal mi na nim zależy. Ale jak? Skrzywiłam się na tą głupią ideę, która zagościła w mojej głowie. " Ech... raz kozi śmierć..." pochyliłam pysk i liznęłam go w policzek. Ani drgnął. Gdybym nie miała mocy natury, mogłabym spokojnie sądzić, że śpi. Ale nie spał.
Westchnęłam, odwracając się do niego tyłem i idąc w kierunku jaskini. W pewnym momencie jednak się zatrzymałam. Zerknęłam na księżyc, po czym z całej siły przeciągle zawyłam. W moim wyciu można było się doszukać bólu, ale i euforii...
- Co mam zrobić?- spytał niedowierzająco.
- Doskonale już wiesz co. Proszę, to jedyny sposób by się stąd wydostać.
- Ale zabić? Ich wszystkich? Oszalałaś?!
- Nie wyglądasz mi na wilka, którego nawiedza poczucie winy- warknęła zdenerwowana.- Jeśli tak bardzo ci to nie pasuje, to może znajdę sobie innego Demona.
- To nie możliwe- żachnął się, kręcąc łbem. Tak bardzo teraz przypominał tego Shanona, którego lubiłam najbardziej.- Po prostu nie chcę się nazbyt zmęczyć.
- Kręcisz. Co cię powstrzymuje przed wybiciem tych idiotów?
- NIC!- odparł stanowczno, wstając.- Ale to ja mam tutaj tracić siły, więc gramy na moich warunkach. Wystarczy zrobić trochę zamieszania i pryśniemy przy pierwszej, lepszej okazji.
- Niech ci będzie- wadera miała kamienną twarz, lecz czułam, że w środku niej wrzało. Widocznie bardzo nie cierpiała tej Watahy.- Kiedy?
- Niedługo.
Widząc, że oboje zbierają się do powrotu, czmychnęłam z krzaków i nie widząc lepszego wyjścia, udałam, że kieruję się w stronę rzeki, chociaż nagle odechciało mi się pić. Głowę miałam spuszczoną, przez co niechcący na któregoś z nich wpadłam.
- Au- jęknął męski baryton, a ja miałam ochotę schować się pod ziemię. Najmniej teraz potrzebowałam spotkania pyskiem w pysk z NIM.
- Uważaj, jak chodzisz- warknął, wstając.
- A ty uważaj do kogo mówisz.- Odparłam, siląc się na spokojny głos.
- Jakbyś nie wiedziała, że nigdy nie zwracam na to uwagi- uśmiechnął się cierpko, wywołując na moim ciele dreszcze.
- Shanon!- jęknęła wilczyca obok, najwyraźniej bojąc się, że poskarżę się na nich Alfie. Zlustrowałam ją krytycznym wzrokiem, po czym ponownie spojrzałam na wilka.
- Wracajcie do reszty Omeg.
Prychnął, przechodząc obok mnie. Wadera podążyła za nim, wyraźnie skruszona. Odprowadziłam ich wzrokiem, po czym wróciłam się do jaskini." A więc Shanon ma ochotę nastraszyć nas Demonami?" spytałam się w myślach, naburmuszona kładąc się w kącie. " Przeklęty debil!" jęknęłam, chowając pysk w łapach. "Cholernie przystojny i pociągający debil."
Wieczorem wyszłam z "domu", mając dość użalania się nad sobą. Było już dość późno, większość wilków położyła się już spać. Księżyc świecił dzisiaj jasno, a na niebie migały tysiące gwiazd. Nie było ani jednej chmurki. Wciągnęłam duże ilości powietrza w płuca, po czym wypuściłam je, chcąc się nacieszyć tą niezwykle piękną nocą. Nagle coś mi się przypomniało. Z początku zdawało mi się, że to pamięć płata mi figle, ale nie. Coś mi wyraźnie mówiło, że dokładnie rok temu powstała ta Wataha. " To już rok..." pomyślałam, próbując oswoić się z tą myślą. Było to takie nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Nagle do głowy przyszedł mi dziwny i szalony pomysł. Byłam niemal pewna, że on mnie zabije, ale w sumie byłoby to dla mnie nawet wybawieniem. Potruchtałam do miejsca, gdzie Shanon zazwyczaj sypiał. Było to w odosobnieniu od reszty Omeg, przy wielkim drzewie. Leżał oparty jednym bokiem o pień. Korzystając z mocy natury, skojarzyłam, że jeszcze nie śpi. Mimo to, jego oddech był miarowy. Miałam nadzieję, że miał dzisiaj dobry humor, mimo porannej konwersacji. Podeszłam do niego powoli. Na pewno już się zorientował, że jestem blisko niego, ale nie reagował. Podeszłam jeszcze bliżej, a serce mocniej mi zabiło. W świetle księżyca wyglądał wyjątkowo dobrze. Postanowiłam zrobić coś, co prawdopodobnie mogłoby mnie zgubić, ale z powodu tego ważnego dnia, byłam odważniejsza niż zazwyczaj w jego towarzystwie. Trąciłam jego pysk nosem, zamykając przy tym oczy ze strachu. Byłam gotowa na atak z jego strony, lecz nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam powoli oczy. Jego były zamknięte, chociaż twarz wyrażała, że nad czymś się głęboko zastanawia. "Pewnie nad tym czy mnie zabić, czy nie".
- Chciałam tylko powiedzieć...- mruknęłam cicho, przerywając ciszę.- Że... że... - wzięłam głęboki wdech i wydech." No wyrzuć to z siebie".- Dzisiaj są urodziny naszej Watahy... Dzisiaj mija rok odkąd... Odkąd założyłam Watahę Życia i Śmierci... Chciałam tylko... Żebyś wiedział...
Nie odpowiedział mi. Rozumiałam go, w końcu miał pełne prawo mnie nie znosić po tym, co zrobiłam. "Gdyby tylko wiedział, że zrobiłam to dla Watahy...". Poczułam nagle wzmożoną chęć pokazania mu, że nadal mi na nim zależy. Ale jak? Skrzywiłam się na tą głupią ideę, która zagościła w mojej głowie. " Ech... raz kozi śmierć..." pochyliłam pysk i liznęłam go w policzek. Ani drgnął. Gdybym nie miała mocy natury, mogłabym spokojnie sądzić, że śpi. Ale nie spał.
Westchnęłam, odwracając się do niego tyłem i idąc w kierunku jaskini. W pewnym momencie jednak się zatrzymałam. Zerknęłam na księżyc, po czym z całej siły przeciągle zawyłam. W moim wyciu można było się doszukać bólu, ale i euforii...
***
Jej! Uwierzycie, że to już rok?! ROK od kąd powstała ta Wataha! Nie mogę uwierzyć.Szczególne, serdeczne i piękne po stokroć podziękowania kieruję do:
Sei, za to, że jest ze mną od samego początku, moja droga przyjaciółka
Shanonowi, temu wrednemu wilkowi, bez którego na mojej twarzy wielokrotnie nie pojawiłby się uśmiech
Inie, bez której nie miałabym tyle okazji do śmierci
Yudarinowi, który sprawiał, że nie raz padałam ze śmiechu
Hessie, za ciekawe rozmowy
Azo, za miłe słowa
I CALUTKIEJ RESZCIE!
(Nie myśl, że skoro nie zostałeś wymieniony powyżej, to znaczy, że mniej dla mnie znaczy/ła twoja działalność, po prostu kończą mi słowa xD)
Dziękuję też wszystkim, którzy już niestety nie udzielają się na blogu.Ten rok był dla mnie niezmiernie miły i jestem przeszczęśliwa, że Wataha tyle przetrwała (bo musicie przyznać, że mieliśmy sporo wrogów w tym czasie xD).Mam nadzieję, że Wataha przetrwa do następnego czerwca i będę mogła napisać podobną notkę za rok.
Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI!
Amber
Prośba
Odkąd w Watasze pojawił się ten Shanon czuję niepokój. On jest inny. To chyba demon. Jak ja. Ale ja nie mogę im nic zrobić. On może.
Poproszę go o to.
Była noc. Wilki spały. Omegi, naturalnie razem. Zaczęlam pełznąć w kiernku Shanona. Wiedziałam dobrze że on wie że do nigo idę ale nie byłam pewna czy on wie że ja wiem że on wie że ja do nigo idę. Chciałam po prostu sprawdzić czy jest czujny. Nie zawiodłam się. Gdy byłam jakiś metr od nigo i zaczynałam się prostować skoczył. Bezszelestnie. Skoczył i przygnutł mnie do ziemi. Cóż miał dosyć głupawą minę gdy nie zobaczył żadnego ze swoich potworków. Skutecznie je powstrzymywałam. Wypluł moją szyję i usiałd nadal z kretyńskim wyrazem pyska. Mój naszyjnik z zamnkniętym odłamnikem księżyca osświetlał jego głupią mordę.
-Nie spodziwałeś się co?
-Kim jesteś? I czego chcesz?
-Nie zauważyłeś mnie? Nie dziwę się. Mszę w prawdzie wracać ale nie spotkałeś mnie podczas posiłków. Jestem omegą jak ty. I jak ty nie z własnej woli.
-Czego chcesz?
-Czcę się z tąd uwonić.
-To czemu tego nie zrobisz? Powstrzymałaś mnie przed...
-Wiem dobrze przed czym cię powstrzymałam. I właśnie dlatego nie moę się uwolnić od tej watahy. Mogę kogoś zranić lecz nie mogę go zabić. A to jedyny sposób. Swoją drogą czemu nie zrobiłeś tego dotychczas?
-Nie ważne.
-Przemyśl to. Nie mogę ich zabić ale mogę użyczyć ci część mej mocy.
-Przemyślę-mruknął i połóżył się na swoim miejscu- a i jeszcze jak ci na minię?
-Nikki.
-Mi...
-Wiem. Ja intewresuję się sąsiadami ciekawie pachnącymi.
-Kolejna dziewczyna mówi mi że cuchnę Mrokiem.
-Ja nic nie powiedziałam. Ode mnie też czuć odór. Człowieka.
Nikki
Nikki
Mam na Nikki.Miałam szesnaście lat gdy zostałam zamieniona w wilczycę. Miałam przywrócić sprawiedliwość by przybrać prawdziwą postać. Pewnego dnia spotkałam człowieka. Był to syn zmarłej cesarzowej który uciekł przed śmiercią z rąk tyrana który przejął tron.
Pomogłam mu odzyskać dziedzictwo i odmieniłam się na powrót w człowieka. Wtedy miałam sen. O tym jak moja wataha została napadnięta. A ja ... mnie ktoś zamienił w człowieka. Obudziłam się i znów byłam wilczycą
Posiadam moc sztuk. Mogę na przykład zahipnotyzować wilka śpiewem lub nieco zmienić jego kształt.
Mój wisiorek na szyi jest nietykalny.
Marzę czasem o jakimś wilku równie samotnym jak ja..
I może o szczeniakach...
Nikki
Shanon Omegą?
Uśmiechałemsię na widok walczącego Khara z... ekhem sami-wiecie-czym. Obojewyglądali tak uroczo, a szczególnie ona, kiedy skamlała głośno,gdy użarł ją w łapę. Wkrótce jednak mi to zbrzydło.Przesiedziałem tu już jakiś tydzień i, aż mi się odechciało.Ruszyłem truchtem na spacer. Zdążyłem już w większościzwiedzić tereny watahy, ale zawsze warto uzupełnić swoją wiedzę.Zaraz, co? Co ja myślę? Ja jestem Yudarin, a nie jakiś greckifilozof. Skąd ja znam takie słowa? Już zaczęło mi się mieszać.Może powinienem sobie zrobić przerwę od nauki, co? Moją uwagęprzykuł dziwny czarny cień przesuwający się między drzewami.Spojrzałem w tamtym kierunku, ale nic nie dostrzegłem. Wzruszyłemramionami i potruchtałem dalej nie zawracając sobie głowy takimirzeczami. Już dawno wyszedłem poza granice terytorium, ale co siębędę przejmował. Wtem w moich nozdrzach pojawił się znajomyzapach, za którym zbytnio nie przepadałem. Ta rozpoznawalna wońShanona. No, a co mi tam. Odwiedzę „przyjaciela”. Ruszyłemtropem, aż dotarłem do granic jakiejś innej watahy. Zdecydowanieczuć było smród spalenizny. Czyżby Wataha Ognia? Nagle cośskoczyło na mnie i przygniotło do trawy, a ja z trudem uniosłemgłowę do góry, aby sprawdzić, co to jest:
- Co ty tu robisz? Gadaj już! - warknął do mnie jakiś szary wilk.
- Spaceruję, a nie widać? - zapytałem starając się podnieść.
- Pójdziesz ze mną – syknął zeskakując ze mnie. Posłusznie za nim podreptałem. A co się będę mieszał w akcje z tymi, co mnie mogą podpalić. Wkrótce weszliśmy między jaskinie, a moja szczęka automatycznie powędrowała w dół. Oczy stały się wielkości pomarańczy, kiedy wytrzeszczyłem je na Shanona, którego ucho obśliniał jakiś szczeniak. Spojrzał na mnie wściekle, a ja mimo woli zapytałem się sam siebie „Co ja znowu zrobiłem?”
- Co się tak gapisz? - warknął wilk truchtający przede mną. - Nigdy Omegi nie widziałeś?
- Co? - Aż usiadłem z wrażenia. Shanon Omegą? Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Hę?
- No. Ruszaj się, bo to już niedaleko – warknął wrogo, a ja nie myśląc zbyt wiele ruszyłem za nim. Wtem tuż zza zakrętu wyszła przed nas Amber. Basior idący przede mną skłonił się przed nią, a moje oczy stały się jeszcze większe niż to możliwe. Obok niej stał jakiś wilk, który uśmiechał się do mnie złośliwie.
- Siema Amber, co tam u ciebie słychać? - zapytałem ni stąd ni zowąd. Sam nie wiem, co mnie wtedy podkusiło. Może szok?
- Znamy się? - spojrzała na mnie dziwnie, a mi szczęka opadła na sam dół. Szybko się jednak opanowałem.
- Gadajcie, co jej wszczepiliście. Przecież Yudarina nie da się zapomnieć – rozejrzałem się nieco zdezorientowany po twarzach wszystkich zgromadzonych wilków.
- Znasz go kotku? - zapytał basior stojący obok Amber.
- A ty nie jesteś ten Omega z mojej starej watahy? - w jej wzroku pojawiła się nadzieja.
- Jaka Omega? Teraz już Zwiadowca, ale chyba słaby, bo ostatnio opuszczałem posterunki – wyszczerzyłem się radośnie do niej.
- Głowa go nie boli? - zapytał ten sam wilk.
- Można po imieniu? Ja jestem Yudarin, a ty? - spojrzałem na niego wciąż szeroko się szczerząc. Musiałem wyglądać jak... coś znacznie gorszego od je*niętego idioty.
- Aik – odpowiedział wilk pogardliwie. - Ale nie dane ci użyć tego imienia.
- To po co mi je podajesz? - zmarszczyłem czoło, na co Amber wybuchnęła głośnym, niepohamowanym chichotem. Szary wilk i Aik spojrzeli na nią zdumieni, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej o ile to było możliwe.
- Aik mógłbyś go zwolnić z kary? Chciałabym z nim porozmawiać w cztery oczy – wilk niechętnie skinął głową, a szary basior natychmiast wrócił na swój posterunek. Ja natomiast grzecznie potruchtałem za Amber, która zbliżała się do pobliskiego strumienia, który szemrał cicho w pobliżu. Nie odezwała się do mnie ani jednym słowem, a kiedy zrównałem się z nią na jej pysku zobaczyłem zdumienie pomieszane ze strachem i powagą. Tak szybko zmienił się jej nastrój? Chyba wyszedłem z wprawy. Trzeba poćwiczyć miny „myślące”. Zanotowałem sobie w pamięci. Gdy stanęła rozejrzała się jeszcze dokładnie, a kiedy upewniła się, że nic nam nie grozi westchnęła głęboko i położyła się na trawie.
- Co ty tu w ogóle robisz? Najpierw Shanon, teraz ty. Chcesz umrzeć? - spojrzała na mnie wyczekująco.
- Ale o co ci chodzi? Twój chłopak był całkiem miły – Gdy zobaczyłem na jej pysku wściekłość uznałem, że chyba troszkę przesadziłem.
- Zamknij się i uciekaj stąd. To nie jest miejsce dla takich jak ty.
- Tacy jak ja to znaczy jacy? - spojrzałem na nią hardo.
- Tacy silni, ale naprawdę tępi – w jej głosie rozbrzmiewała złość. Spojrzałem na nią nieco poirytowany, ale próbowałem zamaskować to uczucie. - Wybacz. Nie jestem w nastroju do żartów.
- W porządku – odparłem uśmiechając się. - To kiedy uciekamy? Shanon też?
- Ty chyba źle mnie zrozumiałeś. Ja muszę tu zostać, ale ty idź. Wracaj do watahy, ale nic im nie mów. Nie mogą się dowiedzieć – odparła spoglądając mi głęboko w oczy swym przeszywającym wzrokiem.
- Przestań się tak patrzeć, bo mam dreszcze – powiedziałem cicho, a po moich plecach faktycznie przebiegł dreszcz.
- Idź – powiedziała jeszcze i odwróciła się ode mnie, a ja zgodnie z jej życzeniem wzbiłem się w powietrze i czym prędzej odleciałem w kierunku naszej watahy.
____________________
Wreszcie skończyłem !!!! HuRRa!! xD Nie wiedziałem jaki dać tytuł to se coś wyciąłem z tekstu i tak już wyszło. No ja u was długo nie zabawię i Amber dziękuję za komplement "Silny, ale tępy" Jak to pięknie brzmi xD
Yudarin
Zdołowana
Widok Shanona zbił mnie z tropu. Kiedy zobaczyłam go przed jaskinią, miałam ochotę schować się pod ziemię. Mimo wszystko w głowie pojawiła się mała nadzieja, że może mnie szukał, ale kiedy opowiedział Alfie o tym, jak to przypadkiem natrafł na Watahę, cała nadzieja prysła. Patrzył na mnie i na Aik'a tak obojętnym wzrokiem, że aż zabolało. Wzrok wbijałam w ziemię, gdy Shanon rozmawiał z Alfą. O uszy obił mi się tylko skrawek wypowiedzi:
- ... pozwolimy ci zostać i...- dalej nie słuchałam, nie chciałam. Chciałam zaprotestować, powiedzieć coś, cokolwiek, co by odstraszyło wilki od Shanona, ale z moich ust wydobył się jedynie cichy jęk, tak cichy, że nikt go nie usłyszał.
Zaciekle próbowałam powstrzymać łzy, które zaczęły kapać na twarde podłoże. Kap. Kap. Kap. " Weź się w garść, Amber, nie możesz im pokazać, że Shanon coś dla ciebie znaczy." Pomyślała racjonalna część mnie, a ja postanowiłam się jej usłuchać. Całą siłą woli zmusiłam się do postawy wyprostowanej i kamiennej twarzy. Łzy przestały lecieć, a ja w końcu zwróciłam wzrok w stronę Shanona. Stał bokiem do mnie, z dumną postawą i ani krzty strachu. " Cały on...".
Po chwili Shadow wydał jakiś rozkaz Ethanowi, który wbrew pozorom był miłym wilkiem i odszedł wraz z Lisą do jaskini. Zobaczyłam, że wcześniej wspomniamy basior idzie za Shanonem, który przechodząc obok mnie, warknął z czystą furią:
- Jak dla mnie jesteś już martwa. Ale strzeż się, przy najbliższym spotkaniu sprawię, że te słowa staną się prawdą.
Kiedy wypowiedział te słowa, poczułam, jakby sztylet ugodził mnie prosto w serce.
- ... pozwolimy ci zostać i...- dalej nie słuchałam, nie chciałam. Chciałam zaprotestować, powiedzieć coś, cokolwiek, co by odstraszyło wilki od Shanona, ale z moich ust wydobył się jedynie cichy jęk, tak cichy, że nikt go nie usłyszał.
Zaciekle próbowałam powstrzymać łzy, które zaczęły kapać na twarde podłoże. Kap. Kap. Kap. " Weź się w garść, Amber, nie możesz im pokazać, że Shanon coś dla ciebie znaczy." Pomyślała racjonalna część mnie, a ja postanowiłam się jej usłuchać. Całą siłą woli zmusiłam się do postawy wyprostowanej i kamiennej twarzy. Łzy przestały lecieć, a ja w końcu zwróciłam wzrok w stronę Shanona. Stał bokiem do mnie, z dumną postawą i ani krzty strachu. " Cały on...".
Po chwili Shadow wydał jakiś rozkaz Ethanowi, który wbrew pozorom był miłym wilkiem i odszedł wraz z Lisą do jaskini. Zobaczyłam, że wcześniej wspomniamy basior idzie za Shanonem, który przechodząc obok mnie, warknął z czystą furią:
- Jak dla mnie jesteś już martwa. Ale strzeż się, przy najbliższym spotkaniu sprawię, że te słowa staną się prawdą.
Kiedy wypowiedział te słowa, poczułam, jakby sztylet ugodził mnie prosto w serce.
***
Dni mijały. Wielokrotnie widywałam Shanona na polanie lub przy jaskini. Był pomiatany i wyśmiewany przez wszystkich. Wyobrażałam sobie, jak bardzo musi się powstrzymywać, żeby ich wszystkich nie pozabijać. Od kąd wypowiedział tą jak najbardziej realną groźbę, nie odstępowałam Aik'a na krok. On niestety inaczej to interpretował i stawał się coraz bardziej nieznośnym partnerem, jakiego mogłabym w życiu mieć. Nie raz wyobrażałam sobie jak demony Shanona rozszarpują go na strzępy, a wtedy mimowolnie na mój pysk wstępował lekki uśmiech.
Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Miałam poczucie samotności i tęsknoty za moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Byłam smutna i zmęczona, nie myślałam za bardzo nad tym, co robię. Wyszłam z jaskini najciszej, jak potrafiłam i poszłam na skraj terytorium Watahy, gdzie mieściła się mała rzeczka. Usiadłam nad jej skrajem, wbijając smętnie wzrok w swoje odbicie, szare, beznadziejne jak ja. Westchnęłam cicho i z moich oczu zaczęły cieknąć łzy, skapując prosto do wody. Nagle usłyszałam cichy szelest i nim się obejrzałam, zostałam przez kogoś przyparta do ziemi. I nawet chyba wiedziałam przez kogo.
- Ostrzegałem.- Warknął wilk, przyduszając mnie łapą.
- Z... zostaw mnie!- wyharczałam, próbując go z siebie zepchnąć. Wiedziałam jednak, że on jest silniejszy ode mnie.
- Nie wiesz, że to nie ładnie, opuszczać swoją Watahę dla jakiegoś palanta, hm?- syknął mi prosto w twarz, patrząc mi w oczy z nienawiścią.
- Shanon... proszę...- czułam, że coraz bardziej brakuje mi tchu. Z oczu cały czas wylewały mi się łzy, a ja czułam, że zaraz odejdę z tego świata. Przed oczami widziałam małe, świecące się światełka a pysk Shanona gdzieś w tle.
- Nienawidzę cię.- Powiedział, widząc jak powoli odpływam.
- Przepraszam...- zdążyłam szepnąć, lecz nie byłam pewna, czy to dosłyszał. Po sekundzie widziałam tylko ciemność.
***
Obudziłam się w jaskini, obok mnie spał Aik. Musiałam zmrużyć oczy, żeby coś dojrzeć, gdyż panowała niezwykła jasność. Po chwili zaczęłam dostrzegać małe szczegóły, drzewa, inne wilki, szczenięta.
Miałam tak sucho w gardle, że na drugi plan zrzuciłam dowiedzenie się, co się stało. Nim się obejrzałam, łapy same niosły mnie do rzeki, z której po chwili piłam wodę. Kiedy w końcu zaspokoiłam pragnienie, rozejrzałam się wokoło. Nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Dopiero po chwili pojawiła się u mego boku Lisa.
- W końcu się obudziłaś, śpiochu!- powiedziała z uśmiechem na pysku, siadając obok mnie.
Moja mina wyrażała niezrozumienie, gdyż ostatnie co pamiętałam, to wściekłą minę Shanona. Wzdrygnęłam się na to wspomnienie.
- Wszystko w porządku?- spytała z troską w głosie, przyglądając mi się badawczo.
- Tak, tak... Wszystko jest... ok...- mruknęłam trochę niewyraźnie, szukając wśród wilków tej twarzy.
- Spałaś bardzo długo. Aik to wyjaśnił, jako że byłaś bardzo zmęczona- ciągnęła rozmowę, wciąż na mnie patrząc.
- Tak, to prawda. Byłam.- Przytaknęłam, przybierając minę wyspanej.- Ale teraz jestem pełna energi!- krzyknęłam radośnie, grając najlepiej, jak potrafię.- I szczerze mówiąc, jestem bardzo głodna.- Jak na zawołanie zaburczało mi w brzuchu.
- W porządku.- Westchnęła nieco rozbawiona.- Zostawiliśmy ci spory kawał mięsa, specjalnie czekaliśmy na ciebie, Omegi jeszcze nie jadły.- Na słowo "Omegi" zesztywniałam, lecz zaraz się przybrałam swobodną postawę.
- To lepiej coś szybko zjem, zanim nam poumierają z głodu!- roześmiałam się nerwowo, idąc w kierunku miejsca na jedzenie.
Istotnie, niedaleko zdobyczy czaiły się wilki ostatnie rangą, tylko ten jedyny nie zwracał uwagi na śniadanie.
Kiedy zobaczył mnie kątem oka, drgnął lekko tak, że tylko ja to zauważyłam. Spróbowałam na niego nie patrzeć i szybko skonsumowałam niewielką część pozostałości jelenia. Najprędzej jak mogłam, ulotniłam się z tego miejsca. Kto jak kto, ale ja wyciągnęłam jakieś wnioski z wczorajszej napaści na mnie.
Resztę dnia przesiedziałam w jaskini, raz tylko wychodząc na polowanie. Aik był doprawdy przymilny tak, że miałam ochotę wymiotować. Wolałam aroganckie zachowanie Shanona od miłego Aik'a.
A to stwierdzenie jeszcze bardziej mnie zdołowało.
____
Dobra, wiem że to jest beznadziejna notka, ale co mi tam. Słowo "beznadziejne" pasuje dzisiaj do wszystkiego wokół mnie... xD Pogoda, oceny, nastrój. Kurde... xD Wiem, że krótkie i w ogóle, ale Onet mnie wnerwia i już nie mam do niego cierpliwości, żeby więcej napisać.
Amber
Godne pogardy
Stałem wbijając ubawiony wzrok w szczeniaka, który próbował...chyba warczeć. Uśmiechnąłem się i zacząłem się do niego zbliżać. Mały podkulił ogon i powoli wycofywał się w kierunku matki.Kiedy znaleźliśmy się parę metrów od jego rodzicielki, mały zebrał w sobie odwagę i skoczył w moim kierunku. Niezbyt zaskoczony złapałem go łapą w locie i przytrzymałem na poziomie pyska, by mógł patrzeć mi w oczy:
-No i co teraz, zesikasz się ze strachu?-szczeniak próbował mi się wyrwać, po chwili dał sobie spokój, zamarł w bezruchu wpatrując się we mnie, jego pysk przybrał złośliwy uśmieszek i zanim zdążyłem się zorientować napluł mi na pysk. Warknąłem i rzuciłem szczeniakiem o drzewo:
-Bezczelny bachor!-młody uderzył z hukiem, a następnie spadł przy mroczony na ziemię.
Wytarłem z niemałym obrzydzeniem pysk i skierowałem się w stronę nieprzytomnej wadery.Kiedy stałem już nad nią wziąłem jej pysk w pazury i zacząłem się jej przyglądać:
-Jaki normalny wilk przewraca się w trakcie ucieczki a do tego traci przytomność.-mruknąłem, przewracając przy okazji oczami.
Następnie przyjrzałem się rozcięciu na skroni wilczycy. Sączył się z niego mały strumyczek krwi, lecz nie było to nic zagrażającego jej życiu:
-Jaka szkoda.-mruknąłem niezadowolony.-Twoja mamuśka przeżyje.-zawołałem już głośniej do szczeniaka, który starał się stanąć na nogach.
Ponownie zająłem się wilczycą, zadałem jej kilka siarczystych policzków lecz ani drgnęła, za to ja poczułem ukąszenie na plecach. wykręciłem łeb o sto osiemdziesiąt stopni i dojrzałem szczeniaka usilnie wgryzającego się w mój bark. Strzepnąłem go z siebie wykonując kilka gwałtownych ruchów. Kiedy wreszcie szczeniak odbił się od ziemi jak piłka, podszedłem do niego szczerząc kły:
-Szukasz kłopotów młody?-zapytałem.
-Bronie po prostu swojej matki?-jego warczenie bardziej przypominało mi popiskiwanie.
-Przymknij się. Od twojego jazgotu bolą mnie uszy.
-I dobrze ci tak!
Westchnąłem i wróciłem do nieprzytomnej wilczycy. Jednak zanim zdążyłem znowu spróbować ja ocucić, to przy mojej łapie wisiał już szczeniak:
-To ty chyba szukasz kłopotów.-wytrzeszczał przez zaciśnięte szczęki.
-Nie wkurzaj mnie, dobrze ci radzę gnojku!-warknąłem i przycisnąłem go wolną łapą do ziemi. Przełożyłem cały ciężar ciała na naciskającą szczeniaka łapę i z iskierkami żądzy mordu w oczach patrzyłem jak ucieka powoli z niego całe powietrze. Po chwili znudziła mi się zabawa, więc wypuściłem młodego. Wyleciał jak z procy łapiąc z trudem stracony oddech, a widząc mój ubawiony wzrok wycharczał:
-Co z ciebie za potwór?-zapytał z oczami wielkimi jak spodki.
-Shanon jestem, miło mi.-zaśmiałem się i wyciągnąłem łapę w jego stronę.
Zaskoczony, podszedł do mnie powoli chcąc uścisnąć wystawioną w jego kierunku kończynę, lecz kiedy zbliżył się na wystarczającą odległość, wziąłem zamach, a szczeniak odleciał ze świstem na kilka metrów:
-Jak ci się podobała, darmowa lekcja latania?-zapytałem, ale w odpowiedzi otrzymałem tylko stłumiony jęk.
Zaśmiałem się triumfalnie i zwróciłem się do szczeniaka:
-Jak tylko wróci ci czucie, to weź zaciągnij matkę w tamtym kierunku.-wskazałem łapą.-Jest tam jaskinia mojej watahy, powinni ci pomóc, przygłupy.-ostatnie słowo wypowiedziałem ściszonym głosem.
-Zostawisz mnie tu na pastwę losu?-zapytał jąkając się okropnie.
Udałem,że się nad tym zastanawiam, a następnie przeliterowałem mu dobitnie, aby zrozumiał:
-T-A-K!-a następnie nie zwracając najmniejszej uwagi na jęki, odszedłem.
Wróciłem na trasę pogoni za waderą i przyłożyłem nos do ziemi. Stałem tak węsząc przez chwilę a następnie pobiegłem za złapanym tropem. Już podczas pogoni wiedziałem, że wpadłem przez przypadek na ważny ślad, lecz postanowiłem się zając nim później. Mało mnie obchodziło, czy dobrze zrobiłem od razu nie korzystając z danej mi szansy, lecz dzisiaj miałem na tyle potworny humor, że bardziej obchodziło mnie dręczenie nieprzytomnej wilczycy i jej szczeniaka, niż jakieś tam łażenie.
Biegłem za prawie wywietrzałym tropem, ponad godzinę zanim dotarłem do polany na skraju lasu. Zaciekawiony wspiąłem się na pobliskie drzewo i zacząłem się przyglądać, poczynaniom nieświadomej mojej obecności watahy. W jednym kącie łąki bawiły się szczeniaki pod czujnym okiem opiekunek, w innym leżały kości najprawdopodobniej po wczorajszej kolacji, a przez środek polany kroczyła para wilków: Amber z jakimś basiorem. Zmrużyłem wściekle oczy: "Na amory, jej się do cholery zebrało"-warknąłem w myślach. Przyglądałem się tej scence dalej i dostrzegłem,że już kiedyś spotkałem tego wilka. Amber z nim walczyła, a teraz prowadza z nim za rączkę. Prychnąłem sam do siebie. W tym właśnie momencie trafiła na moją długą listę rzeczy którymi gardzę, a przy okazji zajęła na niej pierwsze miejsce. W przypływie nagłego zaskoczenia i fali furii, nawet nie zauważyłem poruszającego się cienia, który bezszelestnie zmierzał w moim kierunku:
-No no kogo ty przywiało?-usłyszałem za sobą. Zaskoczony w pierwszej chwili o mało nie podskoczyłem z krzykiem, ale już w następnej chwili opanowałem się zjeżyłem sierść i z obnażonymi kłami obróciłem się w stronę głosu.
To co ujrzałem było ponad moje siły grupa wilków, najprawdopodobniej z watahy którą przed chwilą podglądałem, otoczyła mnie półkolem i stała gotowa do ataku. Jakimś cudem udało mi się odegnać od siebie chęć rzucenia się na nich. Prawdopodobnie pomogła mi w tym myśl, że przy najmniejszym moim ruchu rzucą się na mnie i rozerwą na strzępy:
-Minka ci jakoś zrzedła.- jeden z basiorów wyszczerzył się okropnie na widok mojej reakcji.
-Tak troszeczkę.-mruknąłem pogardliwie, lecz nadal nie spuszczałem wzroku z bandy.
-Kim jesteś i dlaczego czaisz się w krzakach? Szpiegujesz?-zapytał inny.
-Odpowiem wyłącznie przed alfą.-przybrałem znużony ton i zastanowiłem się po co się w to wszystko pakuję.
-Zaraz ci się zechce gadać!-ryknął i chciał rzucić się na mnie, lecz został zatrzymany przez jednego ze swoich kompanów.
-Jak chce do Alfy, to go zaprowadzimy, sam skazuje się na taki los.-wilki zaśmiały się i pociągnęły mnie w stronę swej watahy. Droga była krótka i niezbyt ciekawa. Basiory popychały mnie i śmiały się między sobą, a ja natomiast mruczałem sobie ciągle w myślach: "Nie zabijaj, nie zabijaj, nie zabijaj ...zaraz ich zabiję...". Kiedy wataha nas dostrzegła, zaraz otoczył nas tłum szemrających między sobą wilków. Niektóre gapiły się na nas ze strachem inne z rządzą mordu w oczach, a jeszcze inne miały nas całkowicie gdzieś.
Tak jak się spodziewałem, informacja o tym że złapano szpiega dotarła do alfy, jeszcze zanim mnie zobaczył. Czekał na nas przed wejściem do jaskini, ze swą partnerką u boku. Kiedy tylko mnie zobaczył, od razu jego źrenice zwężyły się , a głos rozdarł panującą na około ciszę:
-Ja cię znam. Należysz do watahy partnerki mojego syna!-warknął.
-Kogo?-zapytałem udając głupka.
-Amber, partnerki mego syna. Aik podejdź tu, proszę!-zawołał alfa, a po chwili tłum obserwujących nas wilków rozstąpił się, przepuszczając syna alfy.
Odwróciłem się w stronę nowo przybyłych i starałem się przybrać minę obojętności. Znudzonym wzrokiem przesunąłem po Aiku i stojącej obok niego wilczycy:
-I co nie poznajesz?-zapytał drwiąco alfa.
-A tak kojarzę coś, ale jak dla mnie ona jest martwa.-mruknąłem, a mój wzrok stwardniał kiedy spojrzałem na Amber.
-Albo jesteś bardzo dobrym aktorem, albo mówisz na poważnie.-odezwała się do tej pory milcząca alfa.
-Chyba mu nie wierzysz matko, na pewno jest tu po to by uratować swoją Alfę!-ryknął Aik.
-Nigdy nie miałem Alfy.-ziewnąłem.-A ona przyszła tu z własnej woli po co miałbym ja ratować?-zapytałem.
-To jak wyjaśnisz swoją obecność tutaj?-zapytał rozzłoszczony basior.
-To bardzo proste. Biegałem po lesie-wyszczerzyłem się na wspomnienie przestraszonego szczeniaka.-i przez przypadek trafiłem na obcą watahę. Ukryłem się w krzakach by się przyjrzeć wam, a następnie wylądowałem tutaj. Ot moja bardzo zajmująca historia. A teraz mogę sobie iść?
-Myślisz że cie puścimy wolno?-zapytał rozbawiony alfa, a jego syn wyszczerzył się zadowolony.- Szczerze mówiąc powinniśmy cie zabić, lecz po co marnować takiego wilka, pozwolimy ci zostać i przyjmiesz na siebie rolę omegi, a do jutra pomyślę do czego się przydasz, zgadzasz się?-zwrócił się do alfy, a ta pokiwała w zamyśleniu głową.
-Mógłby zostać naszym błaznem.- kątem oka widziałem jak Aik jeży się słysząc jaki obrót nabierają sprawy.
-W taki razie możecie się rozejść.-Alfa zwrócił się do zbiorowiska.-A ty-wskazał na mnie pazurem-radzę ci się zachowywać, bo na jedno moje słowo, moja gwardia, którą już poznałeś-tu wyszczerzył się obrzydliwie-rozszarpie cię na strzępy. A teraz odejdź. Ethan masz za zadanie go pilnować.-zwrócił się do najbliższego basiora.
Szedłem powoli z uniesioną głową, kiedy zbliżałem się do Aika. Kiedy mijałem parkę, zwróciłem łeb w stronę Amber:
-Jak dla mnie już jesteś martwa.-warknąłem przez zaciśnięte zęby.-Ale strzeż się przy najbliższym spotkaniu, sprawie że te słowa staną się prawdą.
I odszedłem, a za mną jak cień podążył niespuszczający mnie z oka Ethan.
Shanon
-No i co teraz, zesikasz się ze strachu?-szczeniak próbował mi się wyrwać, po chwili dał sobie spokój, zamarł w bezruchu wpatrując się we mnie, jego pysk przybrał złośliwy uśmieszek i zanim zdążyłem się zorientować napluł mi na pysk. Warknąłem i rzuciłem szczeniakiem o drzewo:
-Bezczelny bachor!-młody uderzył z hukiem, a następnie spadł przy mroczony na ziemię.
Wytarłem z niemałym obrzydzeniem pysk i skierowałem się w stronę nieprzytomnej wadery.Kiedy stałem już nad nią wziąłem jej pysk w pazury i zacząłem się jej przyglądać:
-Jaki normalny wilk przewraca się w trakcie ucieczki a do tego traci przytomność.-mruknąłem, przewracając przy okazji oczami.
Następnie przyjrzałem się rozcięciu na skroni wilczycy. Sączył się z niego mały strumyczek krwi, lecz nie było to nic zagrażającego jej życiu:
-Jaka szkoda.-mruknąłem niezadowolony.-Twoja mamuśka przeżyje.-zawołałem już głośniej do szczeniaka, który starał się stanąć na nogach.
Ponownie zająłem się wilczycą, zadałem jej kilka siarczystych policzków lecz ani drgnęła, za to ja poczułem ukąszenie na plecach. wykręciłem łeb o sto osiemdziesiąt stopni i dojrzałem szczeniaka usilnie wgryzającego się w mój bark. Strzepnąłem go z siebie wykonując kilka gwałtownych ruchów. Kiedy wreszcie szczeniak odbił się od ziemi jak piłka, podszedłem do niego szczerząc kły:
-Szukasz kłopotów młody?-zapytałem.
-Bronie po prostu swojej matki?-jego warczenie bardziej przypominało mi popiskiwanie.
-Przymknij się. Od twojego jazgotu bolą mnie uszy.
-I dobrze ci tak!
Westchnąłem i wróciłem do nieprzytomnej wilczycy. Jednak zanim zdążyłem znowu spróbować ja ocucić, to przy mojej łapie wisiał już szczeniak:
-To ty chyba szukasz kłopotów.-wytrzeszczał przez zaciśnięte szczęki.
-Nie wkurzaj mnie, dobrze ci radzę gnojku!-warknąłem i przycisnąłem go wolną łapą do ziemi. Przełożyłem cały ciężar ciała na naciskającą szczeniaka łapę i z iskierkami żądzy mordu w oczach patrzyłem jak ucieka powoli z niego całe powietrze. Po chwili znudziła mi się zabawa, więc wypuściłem młodego. Wyleciał jak z procy łapiąc z trudem stracony oddech, a widząc mój ubawiony wzrok wycharczał:
-Co z ciebie za potwór?-zapytał z oczami wielkimi jak spodki.
-Shanon jestem, miło mi.-zaśmiałem się i wyciągnąłem łapę w jego stronę.
Zaskoczony, podszedł do mnie powoli chcąc uścisnąć wystawioną w jego kierunku kończynę, lecz kiedy zbliżył się na wystarczającą odległość, wziąłem zamach, a szczeniak odleciał ze świstem na kilka metrów:
-Jak ci się podobała, darmowa lekcja latania?-zapytałem, ale w odpowiedzi otrzymałem tylko stłumiony jęk.
Zaśmiałem się triumfalnie i zwróciłem się do szczeniaka:
-Jak tylko wróci ci czucie, to weź zaciągnij matkę w tamtym kierunku.-wskazałem łapą.-Jest tam jaskinia mojej watahy, powinni ci pomóc, przygłupy.-ostatnie słowo wypowiedziałem ściszonym głosem.
-Zostawisz mnie tu na pastwę losu?-zapytał jąkając się okropnie.
Udałem,że się nad tym zastanawiam, a następnie przeliterowałem mu dobitnie, aby zrozumiał:
-T-A-K!-a następnie nie zwracając najmniejszej uwagi na jęki, odszedłem.
Wróciłem na trasę pogoni za waderą i przyłożyłem nos do ziemi. Stałem tak węsząc przez chwilę a następnie pobiegłem za złapanym tropem. Już podczas pogoni wiedziałem, że wpadłem przez przypadek na ważny ślad, lecz postanowiłem się zając nim później. Mało mnie obchodziło, czy dobrze zrobiłem od razu nie korzystając z danej mi szansy, lecz dzisiaj miałem na tyle potworny humor, że bardziej obchodziło mnie dręczenie nieprzytomnej wilczycy i jej szczeniaka, niż jakieś tam łażenie.
Biegłem za prawie wywietrzałym tropem, ponad godzinę zanim dotarłem do polany na skraju lasu. Zaciekawiony wspiąłem się na pobliskie drzewo i zacząłem się przyglądać, poczynaniom nieświadomej mojej obecności watahy. W jednym kącie łąki bawiły się szczeniaki pod czujnym okiem opiekunek, w innym leżały kości najprawdopodobniej po wczorajszej kolacji, a przez środek polany kroczyła para wilków: Amber z jakimś basiorem. Zmrużyłem wściekle oczy: "Na amory, jej się do cholery zebrało"-warknąłem w myślach. Przyglądałem się tej scence dalej i dostrzegłem,że już kiedyś spotkałem tego wilka. Amber z nim walczyła, a teraz prowadza z nim za rączkę. Prychnąłem sam do siebie. W tym właśnie momencie trafiła na moją długą listę rzeczy którymi gardzę, a przy okazji zajęła na niej pierwsze miejsce. W przypływie nagłego zaskoczenia i fali furii, nawet nie zauważyłem poruszającego się cienia, który bezszelestnie zmierzał w moim kierunku:
-No no kogo ty przywiało?-usłyszałem za sobą. Zaskoczony w pierwszej chwili o mało nie podskoczyłem z krzykiem, ale już w następnej chwili opanowałem się zjeżyłem sierść i z obnażonymi kłami obróciłem się w stronę głosu.
To co ujrzałem było ponad moje siły grupa wilków, najprawdopodobniej z watahy którą przed chwilą podglądałem, otoczyła mnie półkolem i stała gotowa do ataku. Jakimś cudem udało mi się odegnać od siebie chęć rzucenia się na nich. Prawdopodobnie pomogła mi w tym myśl, że przy najmniejszym moim ruchu rzucą się na mnie i rozerwą na strzępy:
-Minka ci jakoś zrzedła.- jeden z basiorów wyszczerzył się okropnie na widok mojej reakcji.
-Tak troszeczkę.-mruknąłem pogardliwie, lecz nadal nie spuszczałem wzroku z bandy.
-Kim jesteś i dlaczego czaisz się w krzakach? Szpiegujesz?-zapytał inny.
-Odpowiem wyłącznie przed alfą.-przybrałem znużony ton i zastanowiłem się po co się w to wszystko pakuję.
-Zaraz ci się zechce gadać!-ryknął i chciał rzucić się na mnie, lecz został zatrzymany przez jednego ze swoich kompanów.
-Jak chce do Alfy, to go zaprowadzimy, sam skazuje się na taki los.-wilki zaśmiały się i pociągnęły mnie w stronę swej watahy. Droga była krótka i niezbyt ciekawa. Basiory popychały mnie i śmiały się między sobą, a ja natomiast mruczałem sobie ciągle w myślach: "Nie zabijaj, nie zabijaj, nie zabijaj ...zaraz ich zabiję...". Kiedy wataha nas dostrzegła, zaraz otoczył nas tłum szemrających między sobą wilków. Niektóre gapiły się na nas ze strachem inne z rządzą mordu w oczach, a jeszcze inne miały nas całkowicie gdzieś.
Tak jak się spodziewałem, informacja o tym że złapano szpiega dotarła do alfy, jeszcze zanim mnie zobaczył. Czekał na nas przed wejściem do jaskini, ze swą partnerką u boku. Kiedy tylko mnie zobaczył, od razu jego źrenice zwężyły się , a głos rozdarł panującą na około ciszę:
-Ja cię znam. Należysz do watahy partnerki mojego syna!-warknął.
-Kogo?-zapytałem udając głupka.
-Amber, partnerki mego syna. Aik podejdź tu, proszę!-zawołał alfa, a po chwili tłum obserwujących nas wilków rozstąpił się, przepuszczając syna alfy.
Odwróciłem się w stronę nowo przybyłych i starałem się przybrać minę obojętności. Znudzonym wzrokiem przesunąłem po Aiku i stojącej obok niego wilczycy:
-I co nie poznajesz?-zapytał drwiąco alfa.
-A tak kojarzę coś, ale jak dla mnie ona jest martwa.-mruknąłem, a mój wzrok stwardniał kiedy spojrzałem na Amber.
-Albo jesteś bardzo dobrym aktorem, albo mówisz na poważnie.-odezwała się do tej pory milcząca alfa.
-Chyba mu nie wierzysz matko, na pewno jest tu po to by uratować swoją Alfę!-ryknął Aik.
-Nigdy nie miałem Alfy.-ziewnąłem.-A ona przyszła tu z własnej woli po co miałbym ja ratować?-zapytałem.
-To jak wyjaśnisz swoją obecność tutaj?-zapytał rozzłoszczony basior.
-To bardzo proste. Biegałem po lesie-wyszczerzyłem się na wspomnienie przestraszonego szczeniaka.-i przez przypadek trafiłem na obcą watahę. Ukryłem się w krzakach by się przyjrzeć wam, a następnie wylądowałem tutaj. Ot moja bardzo zajmująca historia. A teraz mogę sobie iść?
-Myślisz że cie puścimy wolno?-zapytał rozbawiony alfa, a jego syn wyszczerzył się zadowolony.- Szczerze mówiąc powinniśmy cie zabić, lecz po co marnować takiego wilka, pozwolimy ci zostać i przyjmiesz na siebie rolę omegi, a do jutra pomyślę do czego się przydasz, zgadzasz się?-zwrócił się do alfy, a ta pokiwała w zamyśleniu głową.
-Mógłby zostać naszym błaznem.- kątem oka widziałem jak Aik jeży się słysząc jaki obrót nabierają sprawy.
-W taki razie możecie się rozejść.-Alfa zwrócił się do zbiorowiska.-A ty-wskazał na mnie pazurem-radzę ci się zachowywać, bo na jedno moje słowo, moja gwardia, którą już poznałeś-tu wyszczerzył się obrzydliwie-rozszarpie cię na strzępy. A teraz odejdź. Ethan masz za zadanie go pilnować.-zwrócił się do najbliższego basiora.
Szedłem powoli z uniesioną głową, kiedy zbliżałem się do Aika. Kiedy mijałem parkę, zwróciłem łeb w stronę Amber:
-Jak dla mnie już jesteś martwa.-warknąłem przez zaciśnięte zęby.-Ale strzeż się przy najbliższym spotkaniu, sprawie że te słowa staną się prawdą.
I odszedłem, a za mną jak cień podążył niespuszczający mnie z oka Ethan.
Shanon
U pary Alfa na dywaniku
Spojrzałem jeszcze raz na czarnego wilczura, a kiedy on również spojrzał na mnie uśmiechnął się szyderczo:
- Mamy głupiutkiego Yudarinka, a siostrunię, gdzie zgubiłeś hm? - spojrzałem na niego zdenerwowany i burknąłem tylko coś pod nosem opierając się o pręty klatki. - Co tam mamroczesz? Powtórz, bo nie usłyszałem.
- Daj mu spokój Khar - warknął jakiś wilk. Miał jasnobrązowe futro i był ponad trzy razy mniejszy od bestii trzymającej moją drewnianą klatkę w kłach.
- Bo, co mi zrobisz kurduplu? - warknął.
- Przy tobie każdy jest kurduplem - wymruczałem pod nosem.
- Co ty powiedziałeś? - Khar zatrzymał się świdrując mnie wściekłym spojrzeniem.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaa - pisnąłem głośno jak baba. - On mnie bije łeeeeeeeeeeeeeeeee!!!
- Zamknij morde psie - syknął wilk i wbił swoje pazury między dwa drewniane kijki od mojej klatki.
- Bede płakać - powiedziałem, a w moich oczach pojawiły się sztuczne łzy. - Łeeee eeee eeee eeee eeee. Ja siem go bojem!!! Weźcie go ode mnie! On mnie zije!
- Zamknij morde powiedziałem - Khar chyba był już zdenerwowany, ale to przecież moja specjalność. Nagle poczułem ból na policzku i ujrzałem owego jasnobrązowego wilka szczerzącego do mnie swe białe, zakrzywione kły. Wyglądał jakby wpadł w szał.
- Daj. Mi. Tą. Klatkę - powiedział do czarnej bestii, a ten posłusznie niczym grzeczny piesek upuścił mnie na trawę. Ów wilk rozerwał ją bardzo szybko, a jego łapy wbiły się w moją pierś.
- Zostaw mnie!!!! - zacząłem piszczeć. Znowu. Oszalały z wściekłości wilczur zaczął zmieniać barwę. Jego oczy straciły źrenice i stały się krwistoczerwone. Jasnobrązowe futro stało się czarne niczym noc. Wyglądał jak ukochani przyjaciele Shanona, aż dreszcze przebiegły mi po plecach. - Nie dygaj mnie tak.
- Zamknij się - wysyczał schodząc ze mną. Nie zmienił jednak koloru.
- Oj kolego chyba go troszkę wkurzyłeś - oznajmił przestraszony Khar. Zaraz przestraszony?
- Kim albo raczej czym on jest? - zapytałem szeptem, kiedy demon zaczął wydawać rozkazy grupie.
- To nasz ukochany aniołek. W życiu muchy by nie skrzywdził chyba, że zmieniłby się w to, co teraz. Wciąż nie wiemy czym jest, ale pracujemy nad tym - odparł Khar chyba zapominając z kim rozmawia, bo mówił do mnie jak do starego, dobrego kolegi. - Oj Yudarin - a jednak sobie przypomniał. - Ty nawet nie wiesz jak musiał przez ciebie się męczyć.
- Dlaczego przeze mnie? - zapytałem urażony.
- Cały czas musiał za tobą chodzić w postaci tego lisa i próbował ściągnąć cię tutaj, ale coś mu się nie udało. Jak go nazywałeś? Precel? Tak Precel.
- To był on?! - wytrzeszczyłem oczy na Khara tak, że prawie by mi wypadły gdyby nie to, że mój dawny Precel odwrócił się w moją stronę i podszedł do mnie. Szybko się pozbierałem i spojrzałem mu prosto w puste, krwiste ślepia.
- Słuchaj młody. Nie po to latałem za tobą jak głupi, żebyś teraz w ten sposób mi się odwdzięczał. Masz być grzecznym, małym wilczkiem, a nie jakimś rozdartym bachorem, więc z łaski swojej stul ten pysk i grzecznie idź przed Kharem, bo nasza para Alfa nie wiedzieć czemu chce cię tu mieć. Przysięgasz, że do końca naszej wędrówki nie piśniesz mi tu ani jednego słówka, bo jak swoją matkę kocham, obiecuję ci to, rozerwę cię na strzępy. Więc jak? Umowa stoi? - kiwnąłem szybko głową i spojrzałem na Khara, który niezadowolony ze swojej funkcji zaczął mozolną podróż. Stary Precel szedł na samym przedzie pochodu wciąż w swej strasznej postaci, ale chociaż Khar był od niego o te trzy i pół razy większy stwierdziłem, że się go boi. Nie śmiałem się jednak odezwać, więc cała reszta podróży minęła mi w milczeniu podobnie jak reszcie grupy, która składała się z siedmiu wilków. W tym trzy z nich były łagodnie ujmując duże. Wszyscy posiadali ogromne skrzydła i wkrótce zaczął zadawać sobie pytanie w myślach "Dlaczego po prostu nie polecimy?" A Khar jakby słysząc moje myśli szepnął cichutko:
- To specjalne zabezpieczenie - odwróciłem się i spojrzałem na niego zdumiony, ale on nie patrzył na mnie tylko na trójkę wilków oczekującą nas przy zniszczonym murze.
- Hasło! - wykrzyknął jeden ze zwiadowców, a mój stary Precel odkrzyknął.
- Mamy go!
- Aja towarzysz im do pary Alfa. Z pewnością pomożesz Kharowi zapanować nad tym bałaganem - oznajmił najbardziej rosły ze strażników, ale wadera, do której się zwrócił była większa nawet od wilczura stojącego za mną. Nagle poczułem coś mokrego na głowie, a kiedy spojrzałem w górę to coś spadło mi na oczy. Okazało się, że jest to ślina Khara, który z wywieszonym jęzorem wpatrywał się w Aję czekającą na nas niecierpliwie.
- Ona jest demonem - wyszeptał, ale tak naprawdę nie dowiedziałem się niczego nowego. Walczyłem z nią jeszcze nie tak dawno i Azo mi pomogła, ale wszyscy nam pouciekali. No tak zawsze musi być jakieś, ale...
- Yudarin witaj - demonica spojrzała na mnie uśmiechając się szyderczo. - Teraz to ty jesteś na mojej łasce.
- Czyżby krzywołapku? - uśmiechnąłem się do niej, ale wtedy MÓJ stary Precel odwrócił się gwałtownie i spojrzał na mnie wściekle. Przybrałem skruszoną minę, a Aja jako, że myślała, iż jest to skierowane do niej (Boże jak można być, aż tak tępym) uśmiechnęła się tryumfalnie i odwróciła się do mnie tyłem przy okazji zamiatając swoim długim ogonem po mojej paszczy. Usłyszałem jej dialog z dobrym, starym Preclem.
- Zdołałeś nad nimi zapanować? A szczególnie nad nim? - w jej głosie słychać było niedowierzanie, od którego robiło mi się niedobrze.
- Jesteśmy w pewien sposób ze sobą związani Ajo - odparł wilk wpatrując się w drogę przed siebie.
- Ale chyba nieco zalazł ci za skórę, co wnioskuję po twojej minie.
- Owszem, ale jak już zauważyłaś zapanowałem nad nim bardzo szybko - odparł wilczur. W jego głosie słychać było niechęć. Dobry Precelek oby tak dalej! Demonica nie zwracając uwagi na jego ton głosu dalej kontynuowała rozmowę, aż dotarliśmy do budynku, w którym ostatnio walczyłem z tą wredną, krzywołapą małpą. Boże jak ja jej nienawidzę. Wtedy wszystkie rozmowy umilkły, a, po chwili z całej grupy zostałem jedynie ja, Khar, Aja i Precel. Gdy weszliśmy do pomieszczenia ze zdumieniem stwierdziłem, że magia moja i Azo wciąż się tu unosi, ale pod sufitem. Moje oczy zabłysły błękitem, ale tej energii było za mało, żeby ich pokonać. Cała trójka skłoniła się przed parą Alfa. Dostrzegłem tłustego szczeniaka skrytego za matulą siedzącą swoim grubym dupskiem na tronie:
- Dobrze możecie już iść poradzę sobie z nim - Alfa odprawił ich, a ja nieco zaskoczony, że takiego psychopatę jak ja będą przesłuchiwali bez obstawy podniosłem lekko moją prawą łapę. Owa trójka wyszła, a ja spoglądałem prosto w ślepia pana Alfy. - Witaj Yudarinie. Dosyć dawno cię nie widziałem podobnie jak twego ojca.
- Ja ciebie również, ale to absolutnie nie dlatego, że nie próbowałem cię zobaczyć - odparłem ciekaw czy zrozumie mój niezrozumiały bełkot.
- Dobra przejdźmy do sedna sprawy, bo zapewne jesteś niesamowicie ciekawy na jaką cho*erę cię tu wezwaliśmy - kiwnąłem głową sadowiąc się wygodnie na kamiennej podłodze.
- Otóż twój świętej pamięci ojciec tuż przed śmiercią prosił Julię o zapewnienie ci odpowiedniego poziomu życia. Doskonale wiedział, że nie będziesz potrafił się zdecydować czy zostać czy nie i zdawał sobie sprawę z twej niezmiernej głupoty.
- Jako, że byłam jego wielką przyjaciółką postanowiłam spełnić jego prośbę, ale oczywiście oczekuję czegoś w zamian od ciebie. Zapewnimy ci godną pozycję, wyżywienie, ochronę i wykształcenie, a także jaskinię, ale... No właśnie, ale. Oczekujemy w zamian twojego bezgranicznego oddania i jako, że jesteśmy tej samej magii chcemy, abyś opuścił tamtą watahę, a jeśli tego nie uczynisz to staniesz się naszym Szpiegiem. Będziesz nam donosić o każdym posunięciu waszej Alfy tej całej Amber tak? Dobrze pamiętam?
- Wiecie ta propozycja jest naprawdę bardzo zachęcająca, ale ja nie potrafię ani ich szpiegować, ani ich opuścić, więc wasz plan raczej nie wypali. Poza tym nie zmusiłbym się do zostawienia mojej kochanej siostrzyczki - odparłem z opuszczoną głową. Mój wzrok utkwiony był w kamiennej posadzce. Ale to kusiło.
- My wiemy, że ty tego wszystkiego bardzo chcesz, ale nie potrafisz się zmusić do opuszczenia bliskich. Otóż możemy przyjąć twą siostrę, ale tylko ją. Nie chcemy kolejnych rozdartych gęb do wyżywienia - powiedział Alfa uśmiechając się zachęcająco.
- Jeśli nie przyjmiesz naszej propozycji stracisz błogosławieństwo swego ojca jakie ci pozostawił, wszystko, co ci zaproponowaliśmy oraz życie - oznajmiła spokojnie Julia.
- Już! Gadaj! - warknął Alfa zniecierpliwiony, a ja rozdarty stałem pomiędzy jedną stroną, a drugą i nie potrafiłem się zdecydować.
__________________________
__________________________
No to chyba was teraz trochę zdziwiłem. Jak już uprzedziłem rozdział jest piskliwy, bo drę się jak baba na początku. Każdy błąd typu bede czy zije jest zamierzony, więc łaskawie proszę o nie wytykanie mi ich, bo siem wkurzę i to porządnie xD No tiaaaaaa... wkurzony Yudarin. Chciałbym to kiedyś zobaczyć xD
Yudarin
Odkrycie
Nie jest dobrze. Shanon gdzieś przepadł, Yudarin tak samo, o Amber nie wspomnę. Cała odpowiedzialność spadła na mnie. Ale czy ja jestem na to gotowa? Czy będę potrafiła pomóc Yudarinowi i Amber? A swoją drogą Shanon świetnie się spisuje jako Delta. Gdzie on w ogóle jest? Ech, nie ma co się użalać, trzeba działać. Leżeliśmy w jaskini, ponurzy i zagubieni, każdy myślał o swoich własnych sprawach.
- Dobra, nie ma co tu tak leżeć i użalać się nad sobą. Ina, statystyki.
- Powinno nas być dziewięciu plus cztery szczeniaki. Jest nas sześcioro plus cztery szczeniaki. Brakuje Amber, Shanona i Yudarina.
- Shanon... Kto ostatni widział Shanona?- zapytałam.
- Ja i Yudarin.- odpowiedziała Hessa.- Szukaliśmy Amber i w pewnym momencie Shanon się od nas odłączył.
- A gdzie Yudarin?
- Mówił że wychodzi i do tej pory nie wrócił.- odpowiedziała Azo.
- A kto ostatni rozmawiał z Amber?
- Shanon.
- No i gdzie jest ten idiota, kiedy go potrzebujemy!- krzyknęłam.- No dobra. Musimy skupić się na jednym wilku. Shanon wiele razy już znikał, nie zginie. Amber to silna dziewczyna, poza tym wyraźnie wiedziała co robi skoro opuścił nas świadomie. Proponuję poszukać Yudarina. Fakt jest silny, ale taki... głupiutki (bez obrazy, Yudarin).
Nikt nic nie powiedział, tylko ktoś kiwnął głową.
- Ale ktoś musi zostać z szczeniakami...
Nikt się nie zgłosił na ochotnika.
- No dobra. Pomyślimy o tym jutro...- odparłam zrezygnowana.
Każdy zrezygnowany opadła na ziemię i znów zatopił się w swoich myślach. Powoli zasypialiśmy. Miejsce w którym zwykle spała Amber, było teraz dziwnie puste. Patrzyłam na nie. Jak ona mogła nas tak zostawić? Zawsze wszystkie kłopoty rozwiązywaliśmy razem. Dlaczego teraz ma być inaczej? Poradzilibyśmy sobie. Jak zawsze. Nagle coś mi przyszło do głowy. Cicho wstałam i obwąchałam miejsce spania Amber. Był tam jeszcze jej zapach. Wyszłam z jaskini i podążyłam jego tropem. Był słaby, ale starałam się go nie zgubić. Wkrótce straciłam rachubę czasu. Nie wiem jak długo tak szłam. Wydawało mi się, że w którymś momencie, czas stanął. Jedyną oznaką że tak nie jest był poruszający się po niebie księżyc. Zmęczyłam się tym chodem. Nie wytrzymałam, położyłam się na mchu i zasnęłam.
Gdy się obudziłam, było już południe. Wychwyciłam trop i szłam dalej. W między czasie złapałam jakiegoś małego zająca i go zjadłam. Po jakiejś godzinie zobaczyłam polanę. Mieściła tam się jakaś wataha. Po chwili zobaczyłam tam coś co mnie zamurowało. Amber w towarzystwie jakiegoś wilka, chodzi tu i tam! Zdrajczyni! Rzuciła nas dla jakiegoś wilka. Ale nie. Na jej twarzy wyraźnie widzę odrazę i niechęć do tego wilka. Popatrzyłam jeszcze chwilę i moje przypuszczenia się potwierdziły. Ani razu się przy nim nie uśmiechnęła. Muszę jak najszybciej podzielić się tymi spostrzeżeniami z watahą. Rzuciłam się w drogę powrotną.
___________________________________________________________
Przepraszam, że taki banał, ale niech już będzie. Niezbyt chciało mi się pisać.
Sea
- Dobra, nie ma co tu tak leżeć i użalać się nad sobą. Ina, statystyki.
- Powinno nas być dziewięciu plus cztery szczeniaki. Jest nas sześcioro plus cztery szczeniaki. Brakuje Amber, Shanona i Yudarina.
- Shanon... Kto ostatni widział Shanona?- zapytałam.
- Ja i Yudarin.- odpowiedziała Hessa.- Szukaliśmy Amber i w pewnym momencie Shanon się od nas odłączył.
- A gdzie Yudarin?
- Mówił że wychodzi i do tej pory nie wrócił.- odpowiedziała Azo.
- A kto ostatni rozmawiał z Amber?
- Shanon.
- No i gdzie jest ten idiota, kiedy go potrzebujemy!- krzyknęłam.- No dobra. Musimy skupić się na jednym wilku. Shanon wiele razy już znikał, nie zginie. Amber to silna dziewczyna, poza tym wyraźnie wiedziała co robi skoro opuścił nas świadomie. Proponuję poszukać Yudarina. Fakt jest silny, ale taki... głupiutki (bez obrazy, Yudarin).
Nikt nic nie powiedział, tylko ktoś kiwnął głową.
- Ale ktoś musi zostać z szczeniakami...
Nikt się nie zgłosił na ochotnika.
- No dobra. Pomyślimy o tym jutro...- odparłam zrezygnowana.
Każdy zrezygnowany opadła na ziemię i znów zatopił się w swoich myślach. Powoli zasypialiśmy. Miejsce w którym zwykle spała Amber, było teraz dziwnie puste. Patrzyłam na nie. Jak ona mogła nas tak zostawić? Zawsze wszystkie kłopoty rozwiązywaliśmy razem. Dlaczego teraz ma być inaczej? Poradzilibyśmy sobie. Jak zawsze. Nagle coś mi przyszło do głowy. Cicho wstałam i obwąchałam miejsce spania Amber. Był tam jeszcze jej zapach. Wyszłam z jaskini i podążyłam jego tropem. Był słaby, ale starałam się go nie zgubić. Wkrótce straciłam rachubę czasu. Nie wiem jak długo tak szłam. Wydawało mi się, że w którymś momencie, czas stanął. Jedyną oznaką że tak nie jest był poruszający się po niebie księżyc. Zmęczyłam się tym chodem. Nie wytrzymałam, położyłam się na mchu i zasnęłam.
Gdy się obudziłam, było już południe. Wychwyciłam trop i szłam dalej. W między czasie złapałam jakiegoś małego zająca i go zjadłam. Po jakiejś godzinie zobaczyłam polanę. Mieściła tam się jakaś wataha. Po chwili zobaczyłam tam coś co mnie zamurowało. Amber w towarzystwie jakiegoś wilka, chodzi tu i tam! Zdrajczyni! Rzuciła nas dla jakiegoś wilka. Ale nie. Na jej twarzy wyraźnie widzę odrazę i niechęć do tego wilka. Popatrzyłam jeszcze chwilę i moje przypuszczenia się potwierdziły. Ani razu się przy nim nie uśmiechnęła. Muszę jak najszybciej podzielić się tymi spostrzeżeniami z watahą. Rzuciłam się w drogę powrotną.
___________________________________________________________
Przepraszam, że taki banał, ale niech już będzie. Niezbyt chciało mi się pisać.
Sea
Przedstawienie
Znudzony podniosłem się z trawy i rozglądnąłem się po małej, leśnej polance. Otaczało mnie wiele drzew i trawa. Po chwili odbiłem się od ziemi łapami i wzbiłem się w powietrze czując jak wiatr biegnie po moich plecach. Uśmiechnąłem się błogo i rozpocząłem powolne szybowanie nad lasem. Nagle ból rozlał się w moim prawym skrzydle. Otworzyłem oczy i ze zdumieniem ujrzałem strzałę wbitą w skrzydło. Próbowałem ją wyrwać tylną łapą, ale powodowałem tylko coraz większy ból. Zacząłem spadać, lecz wciąż próbowałem i wtedy potworny ból rozlał się w mojej szczęce. Spadłem prosto na pysk w ziemię. Nie zdążyłem się nawet podnieść, kiedy grupka wilków otoczyła mnie. Zjeżyły futro na plecach i obnażyły kły. Podszedł do mnie jeden z największych i uśmiechnął się drwiąco. Na plecach miał dwa potężne, czarne skrzydła:
- Co chcesz? - jęknąłem siadając. W końców wyrwałem kłami sterczący badyl i skrzywiłem się z bólu.
- Synek, gdzie twoja siostrzyczka? - zapytał wilczur szczerząc się wesoło. Zmarszczyłem czoło i przekrzywiłem głowę wpatrując się w niego jak w wariata.
- Znamy się w ogóle? - spojrzałem na niego powątpiewająco.
- Ja jestem Petes, a ty jesteś moim synem. Nazywasz się Yudarin, a twoja siostra to Azogar - odparł wciąż się szczerząc.
- Co? - zapytałem cofając się gwałtownie i wpadłem na jakiegoś brązowego wilczura. - Co wy ode mnie chcecie?
- Musisz wrócić do watahy. Twoja siostra już niekoniecznie, ale jesteście moimi jedynymi potomkami i musisz zająć po mnie tron. Starzeję się, a ty będziesz wspaniałym Alfą - odpowiedział wciąż się uśmiechając.
- No dobra. To był niezły kawał, ale ja nie nabieram się na takie bzdury. Mój ojciec nie żyje już przeszło dwa lata, a ja nie byłem synem Alfy.
- Dobra koniec przedstawienia - warknął obnażając długie, białe kły i przygniótł mnie łapami do ziemi. - Wracasz do Watahy Powietrza czy tego chcesz, czy nie.
- Nigdy - syknąłem starając się wyślizgnąć spod jego miażdżących łap. Wtem poczułem jak jego długie pazury wbijają się w moją klatkę piersiową. Traciłem oddech. Wreszcie nacisk zelżał i sapiąc głośno kiwnąłem głową.
- I to chciałem zobaczyć - odparł wstając, ale ja wykorzystałem sytuację i już wzbijałem się w powietrze, kiedy swymi ostrymi kłami chwycił mnie za tylną łapę. Skamląc głośno opadłem na ziemię i natychmiast zostałem związany grubymi łańcuchami i wciśnięty do ciasnej klatki. Przestraszony oczekiwałem na to, co ze mną zrobią.
_______________________________________________________________
No dobra wena mnie opuściła :( Załamie się ostatnio miałem tyle weny, ale nie chciało mi się pisać, a teraz jest na odwrót :( Wiem krótkie, nudne i do dupy, ale co mi tam xD
Yudarin
- Co chcesz? - jęknąłem siadając. W końców wyrwałem kłami sterczący badyl i skrzywiłem się z bólu.
- Synek, gdzie twoja siostrzyczka? - zapytał wilczur szczerząc się wesoło. Zmarszczyłem czoło i przekrzywiłem głowę wpatrując się w niego jak w wariata.
- Znamy się w ogóle? - spojrzałem na niego powątpiewająco.
- Ja jestem Petes, a ty jesteś moim synem. Nazywasz się Yudarin, a twoja siostra to Azogar - odparł wciąż się szczerząc.
- Co? - zapytałem cofając się gwałtownie i wpadłem na jakiegoś brązowego wilczura. - Co wy ode mnie chcecie?
- Musisz wrócić do watahy. Twoja siostra już niekoniecznie, ale jesteście moimi jedynymi potomkami i musisz zająć po mnie tron. Starzeję się, a ty będziesz wspaniałym Alfą - odpowiedział wciąż się uśmiechając.
- No dobra. To był niezły kawał, ale ja nie nabieram się na takie bzdury. Mój ojciec nie żyje już przeszło dwa lata, a ja nie byłem synem Alfy.
- Dobra koniec przedstawienia - warknął obnażając długie, białe kły i przygniótł mnie łapami do ziemi. - Wracasz do Watahy Powietrza czy tego chcesz, czy nie.
- Nigdy - syknąłem starając się wyślizgnąć spod jego miażdżących łap. Wtem poczułem jak jego długie pazury wbijają się w moją klatkę piersiową. Traciłem oddech. Wreszcie nacisk zelżał i sapiąc głośno kiwnąłem głową.
- I to chciałem zobaczyć - odparł wstając, ale ja wykorzystałem sytuację i już wzbijałem się w powietrze, kiedy swymi ostrymi kłami chwycił mnie za tylną łapę. Skamląc głośno opadłem na ziemię i natychmiast zostałem związany grubymi łańcuchami i wciśnięty do ciasnej klatki. Przestraszony oczekiwałem na to, co ze mną zrobią.
_______________________________________________________________
No dobra wena mnie opuściła :( Załamie się ostatnio miałem tyle weny, ale nie chciało mi się pisać, a teraz jest na odwrót :( Wiem krótkie, nudne i do dupy, ale co mi tam xD
Yudarin
Odeszłam
Po kilku dniach użalania się nad sobą stwierdziłam, że im dłużej nad tym myślę, tym częściej nachodzą mnie wątpliwości. Nie chciałam, żeby moja duma i samolubność przeszkodziły mi w uratowaniu Watahy. Poza tym, byłam pewna, że Sea będzie dobrą Alfą. Po krótkiej rozmowie z Shanonem, w której to dowiedziałam się, że najwyraźniej jedna z osób, które były mi bardzo bliskie, wręcz ucieszyła się na wieść, że będę musiała odejść, czym prędzej nie chciałam zwlekać. "Nie potrzebują mnie" próbowałam sobie wmówić, by nie czuć kującego poczucia winy.
Przed wschodem słońca wyszłam z jaskini, w której jeszcze wszyscy smacznie spali. Przeciągnęłam się zaspana, po czym cicho potruchtałam w las. Na jego skraju, odwróciłam się w stronę mojej Watahy, by ostatni raz spojrzeć na mój dom. W oczach pojawiły mi się łzy i poczułam wielką kulkę w gardle, której nie potrafiłam przełknąć. Powoli, bezszelestnie i niezauważalnie, obróciłam się w odpowiednim kierunku, po czym wbiegłam w puszczę. Niestety, doskonale wiedziałam gdzie mam podążać. A choć serce krzyczało "nie!", rozum podpowiadał łapom odpowiedni kierunek. Próbowałam powstrzymać łzy, lecz te uparcie przybywały. Zamazywały mi widok, lecz praktycznie wzrok nie był mi potrzebny. Poprzez naturę odczuwałam, gdzie co leży, a moje łapy same wiedziały, gdzie gnać.
Biegłam cały dzień. Robiłam krótkie przerwy, by odpocząć lub uspokoić szalone myśli. Wciąż miałam cichą nadzieję, że zaraz zza krzaków wybiegną wszyscy, radośnie uśmiechając się i krzycząc na cały głos "wrobiliśmy cię! Wracaj do domu!".
Dom. Straciłam go. Ta myśl była tak kłująca i bolesna, że na chwilę przystanęłam, by zaczerpnąć powietrza, którego mi zabrakło w płucach. Pokręciłam łbem, próbując odegnać pesymistyczne myśli. Spojrzałam w pochmurne niebo, które samym wyglądem oddawało mój humor. Szare, brzydkie. Po chwili musiałam opuścić łeb, gdyż zaczęło padać. Zaśmiałam się, gdy zdałam sobie sprawę, że mój humor w pewnym sensie oddziałuje na pogodę. Tysiące kropel deszczu, zastępowały kilka kropel łez, które zdążyłam wylać.
Biegłam przemoczona, ubłocona, zrozpaczona. Biegłam, bo chciałam. Nie... Biegłam, bo musiałam. Nie chciałam. Nie chciałam opuszczać Watahy. Nie chciałam opuszczać Sei, Yudarina, Iny... Nie chciałam opuszczać szczeniaków... Nie chciałam opuszczać Shanona. Nie chciałam nikogo opuszczać. Wszyscy z mojej Watahy byli tacy ważni... A ja ich opuściłam. Ja ich zawiodłam... Ja odeszłam. I nie mogłam wrócić. Nie mogłam stanąć, powiedzieć "nie, nie zgadzam się" i zawrócić, jak gdyby nigdy nic. Nie mogłam, chociaż chciałam.
Rozpętała się burza. Widok miałam całkowicie zamazany, ślizgałam się na mokrym podłożu, było mi zimno i czułam się beznadziejnie. Było już ciemno. Słońce dzisiaj wcześniej zaszło. Po co miało świecić, skoro jego promienie nie docierały do Ziemi? Do mnie? Do nas wszystkich?
Doszłam do miejsca, którego od bardzo dawna nienawidziłam. Próbowałam wymazać je z pamięci wiele lat temu, a teraz dobrowolnie do niego wróciłam. Ironia losu. Mając nisko spuszczony łeb, szłam powoli, wbijając smętnie wzrok w swoje poruszające się łapy, ubrudzone błotem. Nie zwracałam uwagi na wilki, które między sobą szeptały, zadając głupie pytania i rozpowiadając plotki. Ignorowałam ich. Tych, którzy od teraz byli moimi rówieśnikami. Tych, którzy napadli na moją Watahę, a teraz należeli do tej samej... Tych, których nienawidziłam, a teraz musiałam tolerować.
- Witaj, Amber.- Usłyszałam głos basiora, który podszedł do mnie z wolna, po czym położył łeb na moim. Był to swego rodzaju gest serdeczności, przyjacielskości, używany w Watasze Ognia. Kultura nakazywała, bym się ukłoniła przed Alfą... Kultura nakazywała, bym uległa mu. A ja musiałam jej posłuchać, ponieważ była we mnie. Kultura Wilka Ognia.
- Witaj, Shadow- przywitałam się sucho, kłaniając się przed MOIM Alfą...
- Czekaliśmy na ciebie. Nie byłem pewny, czy będziesz na tyle rozsądna, by przyjść.
- Najwyraźniej wykazałam się tym rozsądkiem- odparłam, powracając do normalnej, acz zgarbionej postawy.
- Wszystko na to wskazuje. Chodź, rozgość się w naszej jaskini. Przemokłaś do suchej nitki.- Uśmiechnął się, zaprowadzając mnie do środka. Rozglądnęłam się po wnętrzu, które wyglądało przytulnie i ciepło. W rogu jaskini palił się ogień, kontrolowany przez jakiegoś wilka.
- A gdzie reszta stada?- spytałam, zdając sobie sprawę, że jest tu zaledwie parę osób.
- W drugiej jaskini. Ta jest tylko dla rodziny.- Wyjaśniła wilczyca, która z nonszalancją podeszła do mnie. Miała nietęgą minę. Ukłoniłam się ponownie wiedząc, że to samica Alfa.
- Kiedy urodzi się dziecko?- spytałam, widząc że ma pokaźnej wielkości brzuch.
- Niedługo. Na pewno będziesz przy narodzinach, prawda?- uśmiechnęła się sztucznie, siadając na wyższej skałce.
- Ależ oczywiście, że będzie.- Odpowiedział za mnie jej syn, wychodząc z cienia. Miał na ciele kilka szram, których wcześniej nie było.- Ładnie mnie urządziła twoja koleżaneczka.- Prychnął, siadając obok ojca.
- Cóż, nie trzeba było jej denerwować.- Odparłam oschle, wiedząc, że mowa tu o Inie.
- Nie trzeba było jej na mnie nasyłać- warknął, patrząc na mnie "wilkiem".
- Niech dotrze to do twojej świadomości, że ja jej na ciebie nie nasyłałam.- Stwierdziłam, próbując zachować spokój.
- Nie sądzicie, że trochę źle zaczęliście, jak na przyszłe małżeństwo?- spytał Shadow, patrząc na nas wyczekująco.
Zamrugałam oczami, wpatrując się w niego, jak w idiotę.
- Słucham?!- oburzyłam się, robiąc obrzydzoną minę.- Mam zostać jego partnerką?! Czy was do reszty porąbało?!
- Hej, milej do Alfy!- rzucił Aik, warcząc na mnie ostrzegawczo.
- Odezwał się obrońca rodziców- prychnęłam, wywracając oczami.
- Dość tego!- warknął, po czym kłapnął zębami tuż obok mojego ucha. Zjeżyłam futro, gotowa do ataku.
- Uspokójcie się, na miłość boską!- wcięła się Alfa, stając pomiędzy nami.- Jeśli macie się tak zachowywać, to jesteście doprawdy godnymi pożałowania partnerami!- skarciła nas, wywołując na naszych twarzach wstyd.
- Przepraszam- mruknął Aik, patrząc na mnie spode łba.
- Ja też- odparłam, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie tych słów.
- A teraz bądźcie normalni i zróbcie coś razem, zaprzyjaźnijcie się.
- Czy mogę się z nim zaprzyjaźniać podczas snu?- spytałam z nutką ironii.- Jestem naprawdę zmęczona długą podróżą, a wybryki mojego przyszłego męża, nie polepszyły mojego stanu- wypowiedziałam te słowa na tyle wymęczonym głosem, by cała wina spadła na wilka.
Spłaszczył uszy i zaprowadził mnie w ciepły kąt, gdzie od razu się położyłam. Kiedy poczułam obok siebie czyjeś futro, miałam ochotę wstać jak oparzona, lecz kiedy ujrzałam, że to był Aik, musiałam opanować swoje nerwy. Jako mój przyszły partner, miał prawo spać obok mnie. A ja musiałam to jakoś przełknąć.
_________________________
Nie pytajcie, co to jest. Nie mam pojęcia. Obejrzałam "The Awakeing" i miałam taki humor, że powstało coś takiego. Dzieje się to chyba w dniu, który to opisuje Shanon w "Wariat". Tak mniej więcej. Późno, dobranoc.
Amber
Przed wschodem słońca wyszłam z jaskini, w której jeszcze wszyscy smacznie spali. Przeciągnęłam się zaspana, po czym cicho potruchtałam w las. Na jego skraju, odwróciłam się w stronę mojej Watahy, by ostatni raz spojrzeć na mój dom. W oczach pojawiły mi się łzy i poczułam wielką kulkę w gardle, której nie potrafiłam przełknąć. Powoli, bezszelestnie i niezauważalnie, obróciłam się w odpowiednim kierunku, po czym wbiegłam w puszczę. Niestety, doskonale wiedziałam gdzie mam podążać. A choć serce krzyczało "nie!", rozum podpowiadał łapom odpowiedni kierunek. Próbowałam powstrzymać łzy, lecz te uparcie przybywały. Zamazywały mi widok, lecz praktycznie wzrok nie był mi potrzebny. Poprzez naturę odczuwałam, gdzie co leży, a moje łapy same wiedziały, gdzie gnać.
Biegłam cały dzień. Robiłam krótkie przerwy, by odpocząć lub uspokoić szalone myśli. Wciąż miałam cichą nadzieję, że zaraz zza krzaków wybiegną wszyscy, radośnie uśmiechając się i krzycząc na cały głos "wrobiliśmy cię! Wracaj do domu!".
Dom. Straciłam go. Ta myśl była tak kłująca i bolesna, że na chwilę przystanęłam, by zaczerpnąć powietrza, którego mi zabrakło w płucach. Pokręciłam łbem, próbując odegnać pesymistyczne myśli. Spojrzałam w pochmurne niebo, które samym wyglądem oddawało mój humor. Szare, brzydkie. Po chwili musiałam opuścić łeb, gdyż zaczęło padać. Zaśmiałam się, gdy zdałam sobie sprawę, że mój humor w pewnym sensie oddziałuje na pogodę. Tysiące kropel deszczu, zastępowały kilka kropel łez, które zdążyłam wylać.
Biegłam przemoczona, ubłocona, zrozpaczona. Biegłam, bo chciałam. Nie... Biegłam, bo musiałam. Nie chciałam. Nie chciałam opuszczać Watahy. Nie chciałam opuszczać Sei, Yudarina, Iny... Nie chciałam opuszczać szczeniaków... Nie chciałam opuszczać Shanona. Nie chciałam nikogo opuszczać. Wszyscy z mojej Watahy byli tacy ważni... A ja ich opuściłam. Ja ich zawiodłam... Ja odeszłam. I nie mogłam wrócić. Nie mogłam stanąć, powiedzieć "nie, nie zgadzam się" i zawrócić, jak gdyby nigdy nic. Nie mogłam, chociaż chciałam.
Rozpętała się burza. Widok miałam całkowicie zamazany, ślizgałam się na mokrym podłożu, było mi zimno i czułam się beznadziejnie. Było już ciemno. Słońce dzisiaj wcześniej zaszło. Po co miało świecić, skoro jego promienie nie docierały do Ziemi? Do mnie? Do nas wszystkich?
Doszłam do miejsca, którego od bardzo dawna nienawidziłam. Próbowałam wymazać je z pamięci wiele lat temu, a teraz dobrowolnie do niego wróciłam. Ironia losu. Mając nisko spuszczony łeb, szłam powoli, wbijając smętnie wzrok w swoje poruszające się łapy, ubrudzone błotem. Nie zwracałam uwagi na wilki, które między sobą szeptały, zadając głupie pytania i rozpowiadając plotki. Ignorowałam ich. Tych, którzy od teraz byli moimi rówieśnikami. Tych, którzy napadli na moją Watahę, a teraz należeli do tej samej... Tych, których nienawidziłam, a teraz musiałam tolerować.
- Witaj, Amber.- Usłyszałam głos basiora, który podszedł do mnie z wolna, po czym położył łeb na moim. Był to swego rodzaju gest serdeczności, przyjacielskości, używany w Watasze Ognia. Kultura nakazywała, bym się ukłoniła przed Alfą... Kultura nakazywała, bym uległa mu. A ja musiałam jej posłuchać, ponieważ była we mnie. Kultura Wilka Ognia.
- Witaj, Shadow- przywitałam się sucho, kłaniając się przed MOIM Alfą...
- Czekaliśmy na ciebie. Nie byłem pewny, czy będziesz na tyle rozsądna, by przyjść.
- Najwyraźniej wykazałam się tym rozsądkiem- odparłam, powracając do normalnej, acz zgarbionej postawy.
- Wszystko na to wskazuje. Chodź, rozgość się w naszej jaskini. Przemokłaś do suchej nitki.- Uśmiechnął się, zaprowadzając mnie do środka. Rozglądnęłam się po wnętrzu, które wyglądało przytulnie i ciepło. W rogu jaskini palił się ogień, kontrolowany przez jakiegoś wilka.
- A gdzie reszta stada?- spytałam, zdając sobie sprawę, że jest tu zaledwie parę osób.
- W drugiej jaskini. Ta jest tylko dla rodziny.- Wyjaśniła wilczyca, która z nonszalancją podeszła do mnie. Miała nietęgą minę. Ukłoniłam się ponownie wiedząc, że to samica Alfa.
- Kiedy urodzi się dziecko?- spytałam, widząc że ma pokaźnej wielkości brzuch.
- Niedługo. Na pewno będziesz przy narodzinach, prawda?- uśmiechnęła się sztucznie, siadając na wyższej skałce.
- Ależ oczywiście, że będzie.- Odpowiedział za mnie jej syn, wychodząc z cienia. Miał na ciele kilka szram, których wcześniej nie było.- Ładnie mnie urządziła twoja koleżaneczka.- Prychnął, siadając obok ojca.
- Cóż, nie trzeba było jej denerwować.- Odparłam oschle, wiedząc, że mowa tu o Inie.
- Nie trzeba było jej na mnie nasyłać- warknął, patrząc na mnie "wilkiem".
- Niech dotrze to do twojej świadomości, że ja jej na ciebie nie nasyłałam.- Stwierdziłam, próbując zachować spokój.
- Nie sądzicie, że trochę źle zaczęliście, jak na przyszłe małżeństwo?- spytał Shadow, patrząc na nas wyczekująco.
Zamrugałam oczami, wpatrując się w niego, jak w idiotę.
- Słucham?!- oburzyłam się, robiąc obrzydzoną minę.- Mam zostać jego partnerką?! Czy was do reszty porąbało?!
- Hej, milej do Alfy!- rzucił Aik, warcząc na mnie ostrzegawczo.
- Odezwał się obrońca rodziców- prychnęłam, wywracając oczami.
- Dość tego!- warknął, po czym kłapnął zębami tuż obok mojego ucha. Zjeżyłam futro, gotowa do ataku.
- Uspokójcie się, na miłość boską!- wcięła się Alfa, stając pomiędzy nami.- Jeśli macie się tak zachowywać, to jesteście doprawdy godnymi pożałowania partnerami!- skarciła nas, wywołując na naszych twarzach wstyd.
- Przepraszam- mruknął Aik, patrząc na mnie spode łba.
- Ja też- odparłam, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie tych słów.
- A teraz bądźcie normalni i zróbcie coś razem, zaprzyjaźnijcie się.
- Czy mogę się z nim zaprzyjaźniać podczas snu?- spytałam z nutką ironii.- Jestem naprawdę zmęczona długą podróżą, a wybryki mojego przyszłego męża, nie polepszyły mojego stanu- wypowiedziałam te słowa na tyle wymęczonym głosem, by cała wina spadła na wilka.
Spłaszczył uszy i zaprowadził mnie w ciepły kąt, gdzie od razu się położyłam. Kiedy poczułam obok siebie czyjeś futro, miałam ochotę wstać jak oparzona, lecz kiedy ujrzałam, że to był Aik, musiałam opanować swoje nerwy. Jako mój przyszły partner, miał prawo spać obok mnie. A ja musiałam to jakoś przełknąć.
_________________________
Nie pytajcie, co to jest. Nie mam pojęcia. Obejrzałam "The Awakeing" i miałam taki humor, że powstało coś takiego. Dzieje się to chyba w dniu, który to opisuje Shanon w "Wariat". Tak mniej więcej. Późno, dobranoc.
Amber
Wariat
Siedziałem pod ścianą jaskini i rzucałem wyzwiskami w każdą żywą duszę jak odważyłam pokazać mi się na oczy. Większość wilków nawet nie zwracała na to uwagi, ponieważ byli pogrążeni w żałobie po ucieczce Alfy. Siedzieli w koło i opłakiwali Amber zupełnie jakby umarła, patrząc na nich wcale się nie dziwiłem że postanowiła nas opuścić. Spojrzałem na nich krzywo i zatkałem uszy, po prostu miałem ich wszystkich dość. Nie dość, że ostatnio poprzewracało mi się coś w głowie, to do tego teraz doszło to całe zamieszanie.
Od tych ciągłych szlochów uszy wręcz więdły. Chociaż już chyba wolałem to ich ciągłe pochlipywanie, od ciągłych napadów złości Sei, która od wschodu słońca, aż po zmierzch, chodziła za mną jak cień i ciskając we mnie zabójcze spojrzenia, ciągle groziła, że mnie zamorduje. Twierdziła oczywiście, że o wszystkim wiedziałem i, że to w pełni moja wina że Alfa zniknęła.
Z moich myśli wyrwało mnie szczebiotanie za plecami:
-Ja oglądając na co dzień twoją mordę też bym uciekła..!
-A proszę bardzo, droga wolna- warknąłem na Betę.
Ogarnęła mnie czysta złość. Nie wiem o co im wszystkim chodziło, ja na prawdę nie miałem pojęcia o całej sytuacji, a tu ni stąd ni zowąd, każdy na mnie naskakuje, jak bym zrobił nie wiadomo co.
-A może ty byś uciekł..?!-zaproponowała.
-Niee...jest mi tu bardzo dobrze, jest żarcie, ciepły kącik, a co najważniejsze sporo wilków do gnębienia-jak dla mnie czysty raj.
-A dla mnie piekło na ziemi.-mruknęła wadera.
-No właśnie i wszyscy zadowoleni.-prychnąłem, a wilczyca znów wbiła we mnie mordercze spojrzenie.
-Usłyszałam ostrą wymianę zdań co tu się dzieje?- zapytała Hessa, która właśnie odłączyła się od grupy odprawiającej gorzkie żale.
-No pięknie jeszcze ciebie było mi trzeba, teraz mam na głowie piekielny duet.
-No coś ty nie przesadzaj.-wyszczerzyłem się.-Piekielny to może być ogień.-szturchnąłem porozumiewawczo Hessę i już po chwili naszą trójkę otaczały dwumetrowe płomienie.
Niezbyt uradowana naszymi wygłupami Sea szybko zgasiła całe widowisko i przy okazji nasz entuzjazm wylewając na wszystko dookoła wodę ze strumienia. Cali mokrzy o mało się na nią nie rzuciliśmy, ale w ostatniej chwili wadera ze sztucznym wdziękiem odwróciła się i prychnęła że jesteśmy infantylni. Nie zdążyła daleko odejść, a w naszym kierunku zmierzał już uśmiechnięty Yudarin:
-Hej co u was słychać?
-A coś ty taki uśmiechnięty, przecież mamy żałobę, czyś byś zapomniał o ucieczce Amber?-warknęła na niego Hessa.
-Co? Jak to uciekła?-przesylabował, jak byśmy byli ułomni.-Na pewno ktoś ją porwał, albo wpadła w gorsze tarapaty... Idziemy ją ratować!
Spojrzałem na niego, jak by był nie normalny. Chociaż.... rzeczywiście podczas naszej ostatniej rozmowy, mówiła coś o planach opuszczenia nas, no ale co z tego jej decyzja...a może jednak potrzebuje pomocy? Walnąłem się łapą w głowę ,pragnąc by takie idiotyczne myśli opuściły mój umysł. Jednak myśli zaczęły zaprzątać mi heroiczne wizje kwiatki i szczęście. Przez chwilę myślałem że zwymiotuję tęczą, jednak po paru sekundach stałem, a raczej podskakiwałem z ogromnym bananem na pysku i starałem się złapać swój ogon.
-To co idziemy ratować Amber?!- zapytałem nie przestając podskakiwać.
-No w końcu coś się dzieje, idziemy!-zawołała Hessa z błyskiem w oku.
-To co bierzemy karabiny, po drodze wykopiemy oko, albo nie zróbmy zbroje! Będziemy jak ninja!-Yudarin wręcz sikał ze szczęścia.
Pomimo dziwnego nie zrozumiałego szczęścia warknąłem na wilka i spokojnie z ogromnym uśmiechem zarządziłem odmaszerowanie:
-Yyy , a wie ktoś dokąd mamy w ogóle iść?-zapytała po kilku krokach Hessa, a Yudarin zatrzymał się na jej słowa z otwartym pyskiem.
-A czy to ważne?-zapytałem zataczając się z lekka, kiedy nagle mój wzrok przyciągnęła żółta plama pomiędzy zielenią trawy.
Pobiegłem czym prędzej, a Hessa i Yudarin popatrzyli na mnie jak na wariata. Pędziłem z wywieszonym jęzorem w stronę plamy, a za sobą usłyszałem ściszony głos Yudarina:
-Czy mu przypadkiem nie spadło coś na głowę?
-Nie mam bladego pojęcia.-mruknęła Hessa.
Nie zwracając uwagi na ich słowa biegłem jak opętany, dopóki nie stanąłem u celu. Zadowolony z siebie wsadziłem pysk w trawę i zerwałem roślinkę, a następnie wróciłem truchtem, ze zdobyczą w zębach, do reszty. Hessa i Yudarin nadal siedzieli nieruchomo wbijając we mnie krzywy wzrok, ale nie zwracałem na to szczególnej uwagi. Klapnąłem przed nimi na zadku i z oczami wielkimi jak talerze powiedziałem:
-Kwiatuszka...?-Yudarinowi szczęka opadła na ziemię, a Hessie udało się w miarę zachować zimna krew. Wzięła ode mnie roślinę mówiąc:
-Yyy, dzięki...ładny yyy mlecz...
-Ja też chcę!-żachną się Yudarin.
-Z wami obydwoma jest coś nie tak.-stwierdziła wadera.
Ruszyła w dalszą drogę nie zwracając już na nas uwagi. Dreptałem z tyłu za wilkami i szerzyłem się głupio do drzew:
-Amber!!-wydarłem się mając nadzieję że wilczyca mnie odpowie.
-Ten to nigdy nie zostanie ninja.-mruknął Yudarin.-Zamknij się Shanon!-warknął, ale ja już go nie słuchałem wlepiając spojrzenie w oddalone o kilka metrów bagno:
-Blotko!-krzyknąłem z radością i nie zastanawiając się pobiegłem i wskoczyłem do niego.
Z brzegu zaczęli się wydzierać się do mnie Hessa z Yudarinem, z ignorowałem ich i zacząłem pływać w bajorku. Nagle jakiś glon zaplątał mi się w łapę. Zaskoczony zachłysnąłem się raz, po chwili drugi i zacząłem iść na dno:
-Shanon, Shanon, żyjesz?
-Żyje, robi tylko z nas idiotów znasz go przecież, poza tym maseczka błotna mu nie zaszkodzi.
-No to w takim razie trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie.-zaśmiał się Yudarin, a po chwili poczułem że wilk zbliża się do mnie.
Czym prędzej wyplułem wodę którą miałem w pysku i zerwałem się z ziemi wołając:
-Odejdź ode mnie debilu!-warknąłem i poczułem że znów jestem sobą.
W końcu wrócił stary Shanon, a tamten mam nadzieję, że nigdy nie wróci. Wziąłem głęboki oddech, znów byłem wcieleniem zła. Otworzyłem oczy w których znów płonęła zwykła nienawiść. Spojrzałem na towarzyszy i mruknąłem:
-Punkt kulminacyjny, Shanon się ulatnia, a wy jak chcecie frajerzy szukajcie swojej alfy, nara!
Zostawiłem zdziwione wilki i pobiegłem w las, zaprzątnięty myślami jak zrobić porządek w swojej głowie by takie wariactwa jak dziś nie powtórzyły się nigdy więcej.
Nie biegłem nawet piętnastu minut kiedy mój nos wyłapał zapach obcego wilka:
-No no któż to się zapędził w nasze strony?-zapytałem sam siebie i pobiegłem za zapachem.
Szedłem z nosem przy ziemi i już po chwil ujrzałem obca waderę z wilczkiem u boku:
-Ciekawe... samotna wilczyca z szczeniakiem.- powiedziałem na głos, a wystraszona wadera szybko odwróciła się w moim kierunku.
-Czego chcesz?-zapytała jeżąc się ostrzegawczo, a szczeniak schował się za nią.
-Ja? Niczego.-odpowiedziałem niemal dławiąc się ze śmiechu.
Wilczyca spojrzała na mnie hardo, a jej oczy niemal zwaliły mnie z nóg. Szybko pozbierałem się do kupy, lecz w tom czasie wilczyca chwyciła szczeniaka i zaczęła uciekać. Zadowolony z takiego obrotu spraw rzuciłem się za nią, wyczuwając że może być dobra zabawa. Nie myliłem się, kiedy zacząłem doganiać wilczycę, ta potknęła się i upadła tracąc przy okazji przytomność. Podszedłem do niej z wolna przyglądając się z rozbawieniem przerażonemu szczeniakowi:
-No, no ktoś ma tu chyba mały problem, co mały?
_____________________________________________________________________
Sorki że nie dokończyłem ale właśnie wpadli do domu rodzice. Kara na kompa chyba rozumiecie, że muszę się szybko zbierać...
Shanon
Od tych ciągłych szlochów uszy wręcz więdły. Chociaż już chyba wolałem to ich ciągłe pochlipywanie, od ciągłych napadów złości Sei, która od wschodu słońca, aż po zmierzch, chodziła za mną jak cień i ciskając we mnie zabójcze spojrzenia, ciągle groziła, że mnie zamorduje. Twierdziła oczywiście, że o wszystkim wiedziałem i, że to w pełni moja wina że Alfa zniknęła.
Z moich myśli wyrwało mnie szczebiotanie za plecami:
-Ja oglądając na co dzień twoją mordę też bym uciekła..!
-A proszę bardzo, droga wolna- warknąłem na Betę.
Ogarnęła mnie czysta złość. Nie wiem o co im wszystkim chodziło, ja na prawdę nie miałem pojęcia o całej sytuacji, a tu ni stąd ni zowąd, każdy na mnie naskakuje, jak bym zrobił nie wiadomo co.
-A może ty byś uciekł..?!-zaproponowała.
-Niee...jest mi tu bardzo dobrze, jest żarcie, ciepły kącik, a co najważniejsze sporo wilków do gnębienia-jak dla mnie czysty raj.
-A dla mnie piekło na ziemi.-mruknęła wadera.
-No właśnie i wszyscy zadowoleni.-prychnąłem, a wilczyca znów wbiła we mnie mordercze spojrzenie.
-Usłyszałam ostrą wymianę zdań co tu się dzieje?- zapytała Hessa, która właśnie odłączyła się od grupy odprawiającej gorzkie żale.
-No pięknie jeszcze ciebie było mi trzeba, teraz mam na głowie piekielny duet.
-No coś ty nie przesadzaj.-wyszczerzyłem się.-Piekielny to może być ogień.-szturchnąłem porozumiewawczo Hessę i już po chwili naszą trójkę otaczały dwumetrowe płomienie.
Niezbyt uradowana naszymi wygłupami Sea szybko zgasiła całe widowisko i przy okazji nasz entuzjazm wylewając na wszystko dookoła wodę ze strumienia. Cali mokrzy o mało się na nią nie rzuciliśmy, ale w ostatniej chwili wadera ze sztucznym wdziękiem odwróciła się i prychnęła że jesteśmy infantylni. Nie zdążyła daleko odejść, a w naszym kierunku zmierzał już uśmiechnięty Yudarin:
-Hej co u was słychać?
-A coś ty taki uśmiechnięty, przecież mamy żałobę, czyś byś zapomniał o ucieczce Amber?-warknęła na niego Hessa.
-Co? Jak to uciekła?-przesylabował, jak byśmy byli ułomni.-Na pewno ktoś ją porwał, albo wpadła w gorsze tarapaty... Idziemy ją ratować!
Spojrzałem na niego, jak by był nie normalny. Chociaż.... rzeczywiście podczas naszej ostatniej rozmowy, mówiła coś o planach opuszczenia nas, no ale co z tego jej decyzja...a może jednak potrzebuje pomocy? Walnąłem się łapą w głowę ,pragnąc by takie idiotyczne myśli opuściły mój umysł. Jednak myśli zaczęły zaprzątać mi heroiczne wizje kwiatki i szczęście. Przez chwilę myślałem że zwymiotuję tęczą, jednak po paru sekundach stałem, a raczej podskakiwałem z ogromnym bananem na pysku i starałem się złapać swój ogon.
-To co idziemy ratować Amber?!- zapytałem nie przestając podskakiwać.
-No w końcu coś się dzieje, idziemy!-zawołała Hessa z błyskiem w oku.
-To co bierzemy karabiny, po drodze wykopiemy oko, albo nie zróbmy zbroje! Będziemy jak ninja!-Yudarin wręcz sikał ze szczęścia.
Pomimo dziwnego nie zrozumiałego szczęścia warknąłem na wilka i spokojnie z ogromnym uśmiechem zarządziłem odmaszerowanie:
-Yyy , a wie ktoś dokąd mamy w ogóle iść?-zapytała po kilku krokach Hessa, a Yudarin zatrzymał się na jej słowa z otwartym pyskiem.
-A czy to ważne?-zapytałem zataczając się z lekka, kiedy nagle mój wzrok przyciągnęła żółta plama pomiędzy zielenią trawy.
Pobiegłem czym prędzej, a Hessa i Yudarin popatrzyli na mnie jak na wariata. Pędziłem z wywieszonym jęzorem w stronę plamy, a za sobą usłyszałem ściszony głos Yudarina:
-Czy mu przypadkiem nie spadło coś na głowę?
-Nie mam bladego pojęcia.-mruknęła Hessa.
Nie zwracając uwagi na ich słowa biegłem jak opętany, dopóki nie stanąłem u celu. Zadowolony z siebie wsadziłem pysk w trawę i zerwałem roślinkę, a następnie wróciłem truchtem, ze zdobyczą w zębach, do reszty. Hessa i Yudarin nadal siedzieli nieruchomo wbijając we mnie krzywy wzrok, ale nie zwracałem na to szczególnej uwagi. Klapnąłem przed nimi na zadku i z oczami wielkimi jak talerze powiedziałem:
-Kwiatuszka...?-Yudarinowi szczęka opadła na ziemię, a Hessie udało się w miarę zachować zimna krew. Wzięła ode mnie roślinę mówiąc:
-Yyy, dzięki...ładny yyy mlecz...
-Ja też chcę!-żachną się Yudarin.
-Z wami obydwoma jest coś nie tak.-stwierdziła wadera.
Ruszyła w dalszą drogę nie zwracając już na nas uwagi. Dreptałem z tyłu za wilkami i szerzyłem się głupio do drzew:
-Amber!!-wydarłem się mając nadzieję że wilczyca mnie odpowie.
-Ten to nigdy nie zostanie ninja.-mruknął Yudarin.-Zamknij się Shanon!-warknął, ale ja już go nie słuchałem wlepiając spojrzenie w oddalone o kilka metrów bagno:
-Blotko!-krzyknąłem z radością i nie zastanawiając się pobiegłem i wskoczyłem do niego.
Z brzegu zaczęli się wydzierać się do mnie Hessa z Yudarinem, z ignorowałem ich i zacząłem pływać w bajorku. Nagle jakiś glon zaplątał mi się w łapę. Zaskoczony zachłysnąłem się raz, po chwili drugi i zacząłem iść na dno:
-Shanon, Shanon, żyjesz?
-Żyje, robi tylko z nas idiotów znasz go przecież, poza tym maseczka błotna mu nie zaszkodzi.
-No to w takim razie trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie.-zaśmiał się Yudarin, a po chwili poczułem że wilk zbliża się do mnie.
Czym prędzej wyplułem wodę którą miałem w pysku i zerwałem się z ziemi wołając:
-Odejdź ode mnie debilu!-warknąłem i poczułem że znów jestem sobą.
W końcu wrócił stary Shanon, a tamten mam nadzieję, że nigdy nie wróci. Wziąłem głęboki oddech, znów byłem wcieleniem zła. Otworzyłem oczy w których znów płonęła zwykła nienawiść. Spojrzałem na towarzyszy i mruknąłem:
-Punkt kulminacyjny, Shanon się ulatnia, a wy jak chcecie frajerzy szukajcie swojej alfy, nara!
Zostawiłem zdziwione wilki i pobiegłem w las, zaprzątnięty myślami jak zrobić porządek w swojej głowie by takie wariactwa jak dziś nie powtórzyły się nigdy więcej.
Nie biegłem nawet piętnastu minut kiedy mój nos wyłapał zapach obcego wilka:
-No no któż to się zapędził w nasze strony?-zapytałem sam siebie i pobiegłem za zapachem.
Szedłem z nosem przy ziemi i już po chwil ujrzałem obca waderę z wilczkiem u boku:
-Ciekawe... samotna wilczyca z szczeniakiem.- powiedziałem na głos, a wystraszona wadera szybko odwróciła się w moim kierunku.
-Czego chcesz?-zapytała jeżąc się ostrzegawczo, a szczeniak schował się za nią.
-Ja? Niczego.-odpowiedziałem niemal dławiąc się ze śmiechu.
Wilczyca spojrzała na mnie hardo, a jej oczy niemal zwaliły mnie z nóg. Szybko pozbierałem się do kupy, lecz w tom czasie wilczyca chwyciła szczeniaka i zaczęła uciekać. Zadowolony z takiego obrotu spraw rzuciłem się za nią, wyczuwając że może być dobra zabawa. Nie myliłem się, kiedy zacząłem doganiać wilczycę, ta potknęła się i upadła tracąc przy okazji przytomność. Podszedłem do niej z wolna przyglądając się z rozbawieniem przerażonemu szczeniakowi:
-No, no ktoś ma tu chyba mały problem, co mały?
_____________________________________________________________________
Sorki że nie dokończyłem ale właśnie wpadli do domu rodzice. Kara na kompa chyba rozumiecie, że muszę się szybko zbierać...
Shanon
"... może będziesz musiała to zrobić."
Zrozpaczona próbowałam zagoić liczne rany Sei, lecz nie bardzo mi to wychodziło, zważając na stan, w którym aktualnie się znajdowałam. Na dodatek Shanon stał nad nieruchomym ciałem Kazana, i kompletnie nic nie robił! Byłam na niego taka zła, że miałam ochotę złamać mu drugą łapę, co jednak było niemożliwe w takich okolicznościach. Ograniczyłam się więc do niemiłych uwag pod jego adresem. W końcu przełamał jakąś barierę i zaczął wykonywać ruchy jak do modlitwy. Zirytowana dokończyłam początkowe reanimowanie Sei i podeszłam do Iny, która była w jeszcze gorszym stanie. Przełknęłam głośno ślinę i spróbowałam opanować drżenie łap. Z początku zajęłam się tymi większymi ranami, potem przeszłam do mniejszych i mniej groźnych.
Reszta nocy zeszła nam na pomaganiu rannym. Bezimienny Iny niestety nie przeżył, ale Hunt, Axel i Kirian jakoś trzymali się przy życiu. Gdy nastał świt padłam wyczerpana, nie mogąc dłużej dźwigać swojego ciężaru. Miałam okropne koszmary, w których cała moja Wataha została wybita przez Watahę Powietrza, albo Shanon nagle zmienił się w okropnego Demona i męczył mnie. To były doprawdy niespokojne sny...
Kiedy obudziłam się, było już po zmroku. Ciemna noc i ani żadna gwiazda zwiastowały równie ciemne dni dla naszej Watahy. Kazan, Ina i Sea byli już przytomni, ale nadal zbyt słabi żeby wstać. Szczeniakami zajmowały się Hessa i Azo, Yudarin poszedł na polowanie, a Shanon leżał przed wejściem do groty, pełniąc wartę.
Podeszłam do tego ostatniego i usiadłam obok niego, wpatrując się w zachmurzone niebo. Wyczułam w nim jakąś zmianę, jakby stał się znowu tym Shanonem, który był mi obcy i nieczuły. I raczej to mi się nie spodobało.
- Jak się masz?- spytałam po chwili ciszy, zerkając na niego z ukosa.
- Nijak- odparł twardym i suchym głosem. Brzmiało to jak warknięcie, ostrzegające żebym stąd jak najszybciej odeszła, bo stanie mi się krzywda.
- Łapa boli?
- Nie- pokręcił łbem, wbijając wzrok w obiekt zainteresowań. Nie bardzo w to wierzyłam, gdyż nadal krwawiła i rana wyglądała doprawdy paskudnie. Aż się niedobrze robiło.
- Mogę ci ją uzdrowić, jeśli...
- Nie chcę- przerwał mi oschle, wstając i odchodząc ode mnie kawałek.
- Nie, to nie.- Fuknęłam i wróciłam do jaskini, rozpaliłam małe ognisko i zajęłam się swoim szczeniakiem. Wnet usłyszałam ćwierkanie słowika, co było raczej niespotykane o tej porze roku, gdzie jeszcze w niektórych miejscach widniał śnieg. Owy ptaszek przeleciał obok ucha zdenerwowanego Shanona i wleciał do groty.
- W końcu jesteś- zaćwiergotał piskliwym głosikiem, siadając na moim ramieniu.- Wszędzie cię szukałem!
- Gówienko?- zdziwiłam się na jego widok, gdyż wcześniej praktycznie się nie pokazywał.
- Przynoszę niedobre wieści. Wataha Ognia ma zamiar na was napaść!
- CO?!- krzyknęłam niedowierzająco, strasząc przy tym maluchy.
- Alfie nie spodobało się to, że im uciekłaś- wyjaśnił pokrótce.- Postanowił więc sam cię znaleźć, no i znalazł- twoją watahę.
- To nie zaatakowała was Wataha Powietrza?- spytałam Seę, która ledwo widocznie pokręciła przecząco łbem.
- Chcą znowu nas napaść?- zwróciłam się oburzona do Gówienka, który pokiwał łebkiem.
- Nie zastał tutaj ciebie, co mu się nie spodobało, więc wyrzył się na Bogu winnych szczeniakach i reszcie stada. Wróci tu.
- Co on ode mnie chce?!
- Nie wiem, Amber- westchnął ptaszek.- Już jako waleczny szczeniak wywierałaś na nim duże wrażenie, zawsze pragnął mieć cię u swego boku, jako Beta lub nawet ktoś więcej. Tylko że ty zniknęłaś, a on znalazł nowy obiekt uczuć, Lisę. Zapomniał o tobie, do póki nie zjawiłaś się na jego terytorium. Od razu zapragnął mieć cię w jego Watasze, do której zresztą należałaś.
- Dokładnie, należałam! Teraz mam własną Watahę, nie potrafi tego zrozumieć?
- Nie jestem pewien- zmarszył brwi, zastanawiając się nad czymś.- Ale teraz doszedł też jego syn, Aik. Spodobałaś mu się, a on dostaje to, czego chce.
- Czy Aik był z jego ojcem tutaj?
- Nie, nie było go. Podobno ktoś z twojej Watahy napadł na niego i od tamtego czasu pała strachem do Watahy Życia i Śmierci, ale nadal chce mieć cię u jego boku. Zapewne przekonał do tego też jego ojca, który kocha swego syna i zrobi wszystko, żeby go zadowolić.
- Ja nigdy się nie ugnę- warknęłam po chwili ciszy. Wstałam z miejsca i wyszłam z jaskini, kierując swe kroki ku morzu. Usiadłam przy brzegu i wpatrzyłam się w swoje odbicie. Oczy wyrażały smutek, ale i zdeterminowanie, ciało oblane było szramami i ubrudzone zaschniętą krwią.
- Ja to wiem, Amber- usłyszałam po minucie głos Gówienka, który towarzyszył mi od urodzenia. Głównie w głowie, raz nawet na realu, teraz widziałam go poraz drugi w życiu.- Ale Shadow też się nie ugnie i w końcu któreś z was będzie musiało ulec. Zważając na wasze możliwości i liczebność, a także położenie, obawiam się, że to ty będziesz musiała się poddać.
- Ale ja nie chcę...- mruknęłam spuszczając nisko łeb. Nie chciałam opuszczać swojej Watahy, Sei, Yudarina a nawet Shanona, który ostatnimi czasy zaczął znaczyć dla mnie więcej.
- A chcesz patrzeć na cierpienie twoich bliskich?- spytał, przypatrując mi się.
- Nie, oczywiście, że nie...- odparłam natychmiast.
- Więc może będziesz musiała to zrobić- podsumował, głasząc mnie w łapę.- Lecę już, kochana, trzymaj się. Acha, jeszcze coś- bądź blisko z twoimi bliskimi, nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz musiała się z nimi pożegnać.- Uśmiechnął się jeszcze nieszczerze i odleciał, pozostawiając w mojej głowie mętlik.
Jako ptak, któremu zawsze ufałam i wierzyłam, który był po części mną, wiedział co czuję, podpowiadał co powinnam zrobić, dawał rady, byłam skłonna się go posłuchać i zrobić to, co konieczne- odejść do Watahy Ognia. Przecież Gówienko nie miał żadnych podstaw, żeby mnie okłamywać, prawda?
Reszta nocy zeszła nam na pomaganiu rannym. Bezimienny Iny niestety nie przeżył, ale Hunt, Axel i Kirian jakoś trzymali się przy życiu. Gdy nastał świt padłam wyczerpana, nie mogąc dłużej dźwigać swojego ciężaru. Miałam okropne koszmary, w których cała moja Wataha została wybita przez Watahę Powietrza, albo Shanon nagle zmienił się w okropnego Demona i męczył mnie. To były doprawdy niespokojne sny...
Kiedy obudziłam się, było już po zmroku. Ciemna noc i ani żadna gwiazda zwiastowały równie ciemne dni dla naszej Watahy. Kazan, Ina i Sea byli już przytomni, ale nadal zbyt słabi żeby wstać. Szczeniakami zajmowały się Hessa i Azo, Yudarin poszedł na polowanie, a Shanon leżał przed wejściem do groty, pełniąc wartę.
Podeszłam do tego ostatniego i usiadłam obok niego, wpatrując się w zachmurzone niebo. Wyczułam w nim jakąś zmianę, jakby stał się znowu tym Shanonem, który był mi obcy i nieczuły. I raczej to mi się nie spodobało.
- Jak się masz?- spytałam po chwili ciszy, zerkając na niego z ukosa.
- Nijak- odparł twardym i suchym głosem. Brzmiało to jak warknięcie, ostrzegające żebym stąd jak najszybciej odeszła, bo stanie mi się krzywda.
- Łapa boli?
- Nie- pokręcił łbem, wbijając wzrok w obiekt zainteresowań. Nie bardzo w to wierzyłam, gdyż nadal krwawiła i rana wyglądała doprawdy paskudnie. Aż się niedobrze robiło.
- Mogę ci ją uzdrowić, jeśli...
- Nie chcę- przerwał mi oschle, wstając i odchodząc ode mnie kawałek.
- Nie, to nie.- Fuknęłam i wróciłam do jaskini, rozpaliłam małe ognisko i zajęłam się swoim szczeniakiem. Wnet usłyszałam ćwierkanie słowika, co było raczej niespotykane o tej porze roku, gdzie jeszcze w niektórych miejscach widniał śnieg. Owy ptaszek przeleciał obok ucha zdenerwowanego Shanona i wleciał do groty.
- W końcu jesteś- zaćwiergotał piskliwym głosikiem, siadając na moim ramieniu.- Wszędzie cię szukałem!
- Gówienko?- zdziwiłam się na jego widok, gdyż wcześniej praktycznie się nie pokazywał.
- Przynoszę niedobre wieści. Wataha Ognia ma zamiar na was napaść!
- CO?!- krzyknęłam niedowierzająco, strasząc przy tym maluchy.
- Alfie nie spodobało się to, że im uciekłaś- wyjaśnił pokrótce.- Postanowił więc sam cię znaleźć, no i znalazł- twoją watahę.
- To nie zaatakowała was Wataha Powietrza?- spytałam Seę, która ledwo widocznie pokręciła przecząco łbem.
- Chcą znowu nas napaść?- zwróciłam się oburzona do Gówienka, który pokiwał łebkiem.
- Nie zastał tutaj ciebie, co mu się nie spodobało, więc wyrzył się na Bogu winnych szczeniakach i reszcie stada. Wróci tu.
- Co on ode mnie chce?!
- Nie wiem, Amber- westchnął ptaszek.- Już jako waleczny szczeniak wywierałaś na nim duże wrażenie, zawsze pragnął mieć cię u swego boku, jako Beta lub nawet ktoś więcej. Tylko że ty zniknęłaś, a on znalazł nowy obiekt uczuć, Lisę. Zapomniał o tobie, do póki nie zjawiłaś się na jego terytorium. Od razu zapragnął mieć cię w jego Watasze, do której zresztą należałaś.
- Dokładnie, należałam! Teraz mam własną Watahę, nie potrafi tego zrozumieć?
- Nie jestem pewien- zmarszył brwi, zastanawiając się nad czymś.- Ale teraz doszedł też jego syn, Aik. Spodobałaś mu się, a on dostaje to, czego chce.
- Czy Aik był z jego ojcem tutaj?
- Nie, nie było go. Podobno ktoś z twojej Watahy napadł na niego i od tamtego czasu pała strachem do Watahy Życia i Śmierci, ale nadal chce mieć cię u jego boku. Zapewne przekonał do tego też jego ojca, który kocha swego syna i zrobi wszystko, żeby go zadowolić.
- Ja nigdy się nie ugnę- warknęłam po chwili ciszy. Wstałam z miejsca i wyszłam z jaskini, kierując swe kroki ku morzu. Usiadłam przy brzegu i wpatrzyłam się w swoje odbicie. Oczy wyrażały smutek, ale i zdeterminowanie, ciało oblane było szramami i ubrudzone zaschniętą krwią.
- Ja to wiem, Amber- usłyszałam po minucie głos Gówienka, który towarzyszył mi od urodzenia. Głównie w głowie, raz nawet na realu, teraz widziałam go poraz drugi w życiu.- Ale Shadow też się nie ugnie i w końcu któreś z was będzie musiało ulec. Zważając na wasze możliwości i liczebność, a także położenie, obawiam się, że to ty będziesz musiała się poddać.
- Ale ja nie chcę...- mruknęłam spuszczając nisko łeb. Nie chciałam opuszczać swojej Watahy, Sei, Yudarina a nawet Shanona, który ostatnimi czasy zaczął znaczyć dla mnie więcej.
- A chcesz patrzeć na cierpienie twoich bliskich?- spytał, przypatrując mi się.
- Nie, oczywiście, że nie...- odparłam natychmiast.
- Więc może będziesz musiała to zrobić- podsumował, głasząc mnie w łapę.- Lecę już, kochana, trzymaj się. Acha, jeszcze coś- bądź blisko z twoimi bliskimi, nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz musiała się z nimi pożegnać.- Uśmiechnął się jeszcze nieszczerze i odleciał, pozostawiając w mojej głowie mętlik.
Jako ptak, któremu zawsze ufałam i wierzyłam, który był po części mną, wiedział co czuję, podpowiadał co powinnam zrobić, dawał rady, byłam skłonna się go posłuchać i zrobić to, co konieczne- odejść do Watahy Ognia. Przecież Gówienko nie miał żadnych podstaw, żeby mnie okłamywać, prawda?
~~~
(z perspektywy Gówienka po rozmowie z Amber)
Doleciałem do dużej groty, pełniącej rolę mieszkalną i od razu podleciałem do dużego basiora, leżącego obok swojej partnerki.
- Zrobiłem, co kazałeś- zwróciłem się do Alfy, zwracając jego uwagę na sobie.- Wmówiłem jej, że lepiej będzie jeśli się podda i przy najbliższej walce ulegnie wam. Zgodnie z umową. A teraz wypuść moją żonę i dzieci!- warknąłem rozeźlony, wpatrując się w jego czarne tęczówki.
- Dziękuję ci- uśmiechnął się zadowolony, machając leniwie ogonem.- Teraz tylko krok dzieli mnie od wygranej. Dobrze się spisałeś. Żona i dzieci zostaną zaraz wypuszczone.
- Jesteś brutalem- zauważyłem tylko i wyleciałem czym prędzej z groty, mając wielkie wyrzuty sumienia, przecież przed chwilą skazałem swoją przyjaciółkę na cierpienia, jakie przyjdzie jej znosić...
__________________
Dobra, nie wiem co to jest xD Ale wena nie sługa, robi co chce ;)
Amber
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


