niedziela, 5 sierpnia 2012

URODZINY

Już od paru dobrych dni Shanon i ta dziwna wilczyca spędzali ze sobą dużo czasu. Coraz częściej przyłapywałam siebie na zerkaniu na tą parkę podczas posiłków lub obchodów. Tymczasem moja prawdziwa Wataha nie wiadomo co robiła, jak sobie radziła. Odczuwałam wielki smutek, gdy myślałam o Sei, Yudarinie, Inie i reszcie. Często wspominałam nasze różne wybryki i w całkiem nieodpowiednich momentach, jak na przykład  na polowaniu, wybuchałam niepochamowanym śmiechem. Niestety, po chwili zapomnienia uderzała we mnie bolesna rzeczywistość. Moja Wataha była gdzieś tam daleko, a ja musiałam tu gnić. I na dodatek Shanon mnie znienawidził. Wiedziałam o tym, widziałam jego minę, gdy go czasem mijałam, i te jego oczy... Pełne nienawiści oczy. Nie potrafiłam dłużej na niego patrzeć, bo zbierało mi się na płacz, a tego najmniej teraz potrzebowałam. Aika, który próbowałby mnie rozweselić.  Od samego rana czułam się dziwnie. Byłam rozkojarzona i jakaś taka nieobecna. Ciągle myślami byłam tam, gdzie moja prawdziwa rodzina. Nie zwracałam nawet uwagi na tą podejrzaną wilczycę, która tak się nagle zbliżyła do Shanona. Wiedziałam, że to już paranoja, ale zdawało mi się, że coś knują. "W sumie to nawet dobrze, niech Shanon ucieka z tego wariatkowa..." pomyślałam, wychodząc z jaskini. Rozejrzałam się czy przypadkiem go nie ma w pobliżu, po czym skierowałam swe kroki do rzeki. Ostatnio często chciało mi się pić. Kolejna rzecz, której nie rozumiałam.Już miałam podejść do wody, gdy zobaczyłam nad nią Shanona i tą Omegę. Z początku chciałam odejść, lecz zaraz pomyślałam, że w końcu mam prawo wiedzieć, o czym rozmawiają Omegi. "Omegi... jeszcze nie tak dawno on był Deltą" westchnęłam w myślach, zaszywając się w krzakach. Wstrzymałam oddech, by przypadkiem mnie nie usłyszeli.
- Co mam zrobić?- spytał niedowierzająco.
- Doskonale już wiesz co. Proszę, to jedyny sposób by się stąd wydostać.
- Ale zabić? Ich wszystkich? Oszalałaś?!
- Nie wyglądasz mi na wilka, którego nawiedza poczucie winy- warknęła zdenerwowana.- Jeśli tak bardzo ci to nie pasuje, to może znajdę sobie innego Demona.
- To nie możliwe- żachnął się, kręcąc łbem. Tak bardzo teraz przypominał tego Shanona, którego lubiłam najbardziej.- Po prostu nie chcę się nazbyt zmęczyć.
- Kręcisz. Co cię powstrzymuje przed wybiciem tych idiotów?
- NIC!- odparł stanowczno, wstając.- Ale to ja mam tutaj tracić siły, więc gramy na moich warunkach. Wystarczy zrobić trochę zamieszania i pryśniemy przy pierwszej, lepszej okazji.
- Niech ci będzie- wadera miała kamienną twarz, lecz czułam, że w środku niej wrzało. Widocznie bardzo nie cierpiała tej Watahy.- Kiedy?
- Niedługo.
 Widząc, że oboje zbierają się do powrotu, czmychnęłam z krzaków i nie widząc lepszego wyjścia, udałam, że kieruję się w stronę rzeki, chociaż nagle odechciało mi się pić. Głowę miałam spuszczoną, przez co niechcący na któregoś z nich wpadłam.
- Au- jęknął męski baryton, a ja miałam ochotę schować się pod ziemię. Najmniej teraz potrzebowałam spotkania pyskiem w pysk z NIM.
- Uważaj, jak chodzisz- warknął, wstając.
- A ty uważaj do kogo mówisz.- Odparłam, siląc się na spokojny głos.
- Jakbyś nie wiedziała, że nigdy nie zwracam na to uwagi- uśmiechnął się cierpko, wywołując na moim ciele dreszcze.
- Shanon!- jęknęła wilczyca obok, najwyraźniej bojąc się, że poskarżę się na nich Alfie. Zlustrowałam ją krytycznym wzrokiem, po czym ponownie spojrzałam na wilka.
- Wracajcie do reszty Omeg.
Prychnął, przechodząc obok mnie. Wadera podążyła za nim, wyraźnie skruszona. Odprowadziłam ich wzrokiem, po czym wróciłam się do jaskini." A więc Shanon ma ochotę nastraszyć nas Demonami?" spytałam się w myślach, naburmuszona kładąc się w kącie. " Przeklęty debil!" jęknęłam, chowając pysk w łapach. "Cholernie przystojny i pociągający debil."
Wieczorem wyszłam z "domu", mając dość użalania się nad sobą. Było już dość późno, większość wilków położyła się już spać. Księżyc świecił dzisiaj jasno, a na niebie migały tysiące gwiazd. Nie było ani jednej chmurki. Wciągnęłam duże ilości powietrza w płuca, po czym wypuściłam je, chcąc się nacieszyć tą niezwykle piękną nocą. Nagle coś mi się przypomniało. Z początku zdawało mi się, że to pamięć płata mi figle, ale nie. Coś mi wyraźnie mówiło, że dokładnie rok temu powstała ta Wataha. " To już rok..." pomyślałam, próbując oswoić się z tą myślą. Było to takie nieprawdopodobne, ale prawdziwe. Nagle do głowy przyszedł mi dziwny i szalony pomysł. Byłam niemal pewna, że on mnie zabije, ale w sumie byłoby to dla mnie nawet wybawieniem. Potruchtałam do miejsca, gdzie Shanon zazwyczaj sypiał. Było to w odosobnieniu od reszty Omeg, przy wielkim drzewie. Leżał oparty jednym bokiem o pień. Korzystając z mocy natury, skojarzyłam, że jeszcze nie śpi. Mimo to, jego oddech był miarowy. Miałam nadzieję, że miał dzisiaj dobry humor, mimo porannej konwersacji.  Podeszłam do niego powoli. Na pewno już się zorientował, że jestem blisko niego, ale nie reagował. Podeszłam jeszcze bliżej, a serce mocniej mi zabiło. W świetle księżyca wyglądał wyjątkowo dobrze. Postanowiłam zrobić coś, co prawdopodobnie mogłoby mnie zgubić, ale z powodu tego ważnego dnia, byłam odważniejsza niż zazwyczaj w jego towarzystwie. Trąciłam jego pysk nosem, zamykając przy tym oczy ze strachu. Byłam gotowa na atak z jego strony, lecz nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam powoli oczy. Jego były zamknięte, chociaż twarz wyrażała, że nad czymś się głęboko zastanawia. "Pewnie nad tym czy mnie zabić, czy nie".
- Chciałam tylko powiedzieć...- mruknęłam cicho, przerywając ciszę.- Że... że... - wzięłam głęboki wdech i wydech." No wyrzuć to z siebie".- Dzisiaj są urodziny naszej Watahy... Dzisiaj mija rok odkąd... Odkąd założyłam Watahę Życia i Śmierci... Chciałam tylko... Żebyś wiedział...
Nie odpowiedział mi. Rozumiałam go, w końcu miał pełne prawo mnie nie znosić po tym, co zrobiłam. "Gdyby tylko wiedział, że zrobiłam to dla Watahy...". Poczułam nagle wzmożoną chęć pokazania mu, że nadal mi na nim zależy. Ale jak? Skrzywiłam się na tą głupią ideę, która zagościła w mojej głowie. " Ech... raz kozi śmierć..." pochyliłam pysk i liznęłam go w policzek. Ani drgnął. Gdybym nie miała mocy natury, mogłabym spokojnie sądzić, że śpi. Ale nie spał.
Westchnęłam, odwracając się do niego tyłem i idąc w kierunku jaskini. W pewnym momencie jednak się zatrzymałam. Zerknęłam na księżyc, po czym z całej siły przeciągle zawyłam. W moim wyciu można było się doszukać bólu, ale i euforii...
***
Jej! Uwierzycie, że to już rok?! ROK od kąd powstała ta Wataha! Nie mogę uwierzyć.Szczególne, serdeczne i piękne po stokroć podziękowania kieruję do:
Sei, za to,  że jest ze mną od samego początku, moja droga przyjaciółka
Shanonowi, temu wrednemu wilkowi, bez którego na mojej twarzy wielokrotnie nie pojawiłby się uśmiech
Inie, bez której nie miałabym tyle okazji do śmierci
Yudarinowi, który sprawiał, że nie raz padałam ze śmiechu
Hessie, za ciekawe rozmowy
Azo, za miłe słowa
I CALUTKIEJ RESZCIE!
(Nie myśl, że skoro nie zostałeś wymieniony powyżej, to znaczy, że mniej dla mnie znaczy/ła twoja działalność, po prostu kończą mi słowa xD)
Dziękuję też wszystkim, którzy już niestety nie udzielają się na blogu.Ten rok był dla mnie niezmiernie miły i jestem przeszczęśliwa, że Wataha tyle przetrwała (bo musicie przyznać, że mieliśmy sporo wrogów w tym czasie xD).Mam nadzieję, że Wataha przetrwa do następnego czerwca i będę mogła napisać podobną notkę za rok.
Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI!
Amber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz