niedziela, 5 sierpnia 2012

Odeszłam

Po kilku dniach użalania się nad sobą stwierdziłam, że im dłużej nad tym myślę, tym częściej nachodzą mnie wątpliwości. Nie chciałam, żeby moja duma i samolubność przeszkodziły mi w uratowaniu Watahy. Poza tym, byłam pewna, że Sea będzie dobrą Alfą. Po krótkiej rozmowie z Shanonem, w której to dowiedziałam się, że najwyraźniej jedna z osób, które były mi bardzo bliskie, wręcz ucieszyła się na wieść, że będę musiała odejść, czym prędzej nie chciałam zwlekać. "Nie potrzebują mnie" próbowałam sobie wmówić, by nie czuć kującego poczucia winy.
Przed wschodem słońca wyszłam z jaskini, w której jeszcze wszyscy smacznie spali. Przeciągnęłam się zaspana, po czym cicho potruchtałam w las. Na jego skraju, odwróciłam się w stronę mojej Watahy, by ostatni raz spojrzeć na mój dom. W oczach pojawiły mi się łzy i poczułam wielką kulkę w gardle, której nie potrafiłam przełknąć. Powoli, bezszelestnie i niezauważalnie, obróciłam się w odpowiednim kierunku, po czym wbiegłam w puszczę. Niestety, doskonale wiedziałam gdzie mam podążać. A choć serce krzyczało "nie!", rozum podpowiadał łapom odpowiedni kierunek. Próbowałam powstrzymać łzy, lecz te uparcie przybywały. Zamazywały mi widok, lecz praktycznie wzrok nie był mi potrzebny. Poprzez naturę odczuwałam, gdzie co leży, a moje łapy same wiedziały, gdzie gnać.
Biegłam cały dzień. Robiłam krótkie przerwy, by odpocząć lub uspokoić szalone myśli. Wciąż miałam cichą nadzieję, że zaraz zza krzaków wybiegną wszyscy, radośnie uśmiechając się i krzycząc na cały głos "wrobiliśmy cię! Wracaj do domu!".
Dom. Straciłam go. Ta myśl była tak kłująca i bolesna, że na chwilę przystanęłam, by zaczerpnąć powietrza, którego mi zabrakło w płucach. Pokręciłam łbem, próbując odegnać pesymistyczne myśli. Spojrzałam w pochmurne niebo, które samym wyglądem oddawało mój humor. Szare, brzydkie. Po chwili musiałam opuścić łeb, gdyż zaczęło padać. Zaśmiałam się, gdy zdałam sobie sprawę, że mój humor w pewnym sensie oddziałuje na pogodę. Tysiące kropel deszczu, zastępowały kilka kropel łez, które zdążyłam wylać.
Biegłam przemoczona, ubłocona, zrozpaczona. Biegłam, bo chciałam. Nie... Biegłam, bo musiałam. Nie chciałam. Nie chciałam opuszczać Watahy. Nie chciałam opuszczać Sei, Yudarina, Iny... Nie chciałam opuszczać szczeniaków... Nie chciałam opuszczać Shanona. Nie chciałam nikogo opuszczać. Wszyscy z mojej Watahy byli tacy ważni... A ja ich opuściłam. Ja ich zawiodłam... Ja odeszłam. I nie mogłam wrócić. Nie mogłam stanąć, powiedzieć "nie, nie zgadzam się" i zawrócić, jak gdyby nigdy nic. Nie mogłam, chociaż chciałam.
Rozpętała się burza. Widok miałam całkowicie zamazany, ślizgałam się na mokrym podłożu, było mi zimno i czułam się beznadziejnie. Było już ciemno. Słońce dzisiaj wcześniej zaszło. Po co miało świecić, skoro jego promienie nie docierały do Ziemi? Do mnie? Do nas wszystkich?
Doszłam do miejsca, którego od bardzo dawna nienawidziłam. Próbowałam wymazać je z pamięci wiele lat temu, a teraz dobrowolnie do niego wróciłam. Ironia losu. Mając nisko spuszczony łeb, szłam powoli, wbijając smętnie wzrok w swoje poruszające się łapy, ubrudzone błotem. Nie zwracałam uwagi na wilki, które między sobą szeptały, zadając głupie pytania i rozpowiadając plotki. Ignorowałam ich. Tych, którzy od teraz byli moimi rówieśnikami. Tych, którzy napadli na moją Watahę, a teraz należeli do tej samej... Tych, których nienawidziłam, a teraz musiałam tolerować.
- Witaj, Amber.- Usłyszałam głos basiora, który podszedł do mnie z wolna, po czym położył łeb na moim. Był to swego rodzaju gest serdeczności, przyjacielskości, używany w Watasze Ognia. Kultura nakazywała, bym się ukłoniła przed Alfą... Kultura nakazywała, bym uległa mu. A ja musiałam jej posłuchać, ponieważ była we mnie. Kultura Wilka Ognia.
- Witaj, Shadow- przywitałam się sucho, kłaniając się przed MOIM Alfą...
- Czekaliśmy na ciebie. Nie byłem pewny, czy będziesz na tyle rozsądna, by przyjść.
- Najwyraźniej wykazałam się tym rozsądkiem- odparłam, powracając do normalnej, acz zgarbionej postawy.
- Wszystko na to wskazuje. Chodź, rozgość się w naszej jaskini. Przemokłaś do suchej nitki.- Uśmiechnął się, zaprowadzając mnie do środka. Rozglądnęłam się po wnętrzu, które wyglądało przytulnie i ciepło. W rogu jaskini palił się ogień, kontrolowany przez jakiegoś wilka.
- A gdzie reszta stada?- spytałam, zdając sobie sprawę, że jest tu zaledwie parę osób.
- W drugiej jaskini. Ta jest tylko dla rodziny.- Wyjaśniła wilczyca, która z nonszalancją podeszła do mnie. Miała nietęgą minę. Ukłoniłam się ponownie wiedząc, że to samica Alfa.
- Kiedy urodzi się dziecko?- spytałam, widząc że ma pokaźnej wielkości brzuch.
- Niedługo. Na pewno będziesz przy narodzinach, prawda?- uśmiechnęła się sztucznie, siadając na wyższej skałce.
- Ależ oczywiście, że będzie.- Odpowiedział za mnie jej syn, wychodząc z cienia. Miał na ciele kilka szram, których wcześniej nie było.- Ładnie mnie urządziła twoja koleżaneczka.- Prychnął, siadając obok ojca.
- Cóż, nie trzeba było jej denerwować.- Odparłam oschle, wiedząc, że mowa tu o Inie.
- Nie trzeba było jej na mnie nasyłać- warknął, patrząc na mnie "wilkiem".
- Niech dotrze to do twojej świadomości, że ja jej na ciebie nie nasyłałam.- Stwierdziłam, próbując zachować spokój.
- Nie sądzicie, że trochę źle zaczęliście, jak na przyszłe małżeństwo?- spytał Shadow, patrząc na nas wyczekująco.
Zamrugałam oczami, wpatrując się w niego, jak w idiotę.
- Słucham?!- oburzyłam się, robiąc obrzydzoną minę.- Mam zostać jego partnerką?! Czy was do reszty porąbało?!
- Hej, milej do Alfy!- rzucił Aik, warcząc na mnie ostrzegawczo.
- Odezwał się obrońca rodziców- prychnęłam, wywracając oczami.
- Dość tego!- warknął, po czym kłapnął zębami tuż obok mojego ucha. Zjeżyłam futro, gotowa do ataku.
- Uspokójcie się, na miłość boską!- wcięła się Alfa, stając pomiędzy nami.- Jeśli macie się tak zachowywać, to jesteście doprawdy godnymi pożałowania partnerami!- skarciła nas, wywołując na naszych twarzach wstyd.
- Przepraszam- mruknął Aik, patrząc na mnie spode łba.
- Ja też- odparłam, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie tych słów.
- A teraz bądźcie normalni i zróbcie coś razem, zaprzyjaźnijcie się.
- Czy mogę się z nim zaprzyjaźniać podczas snu?- spytałam z nutką ironii.- Jestem naprawdę zmęczona długą podróżą, a wybryki mojego przyszłego męża, nie polepszyły mojego stanu- wypowiedziałam te słowa na tyle wymęczonym głosem, by cała wina spadła na wilka.
 Spłaszczył uszy i zaprowadził mnie w ciepły kąt, gdzie od razu się położyłam. Kiedy poczułam obok siebie czyjeś futro, miałam ochotę wstać jak oparzona, lecz kiedy ujrzałam, że to był Aik, musiałam opanować swoje nerwy. Jako mój przyszły partner, miał prawo spać obok mnie. A ja musiałam to jakoś przełknąć.
_________________________
Nie pytajcie, co to jest. Nie mam pojęcia. Obejrzałam "The Awakeing" i miałam taki humor, że powstało coś takiego. Dzieje się to chyba w dniu, który to opisuje Shanon w "Wariat". Tak mniej więcej. Późno, dobranoc.
Amber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz