poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Spotkamy sie później

          Wiedziałem że się zbliża, zanim ją ujrzałemTo dziwne uczucie nie pozwalało mi zasnąć, kazało czuwać i robiło ze mnie debila ponad trzy godziny. Teraz jednak znalazło swe usprawiedliwienie. Ona kroczyła w mym kierunku.
   
       Szła powoli, a wahanie niemal biło z jej oczu. Myślała na pewno o tym czy by jednak nie zawrócić i nie przylgnąć do swego Alfy. Jednak teraz to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Kiedy patrzyłem na jej profil oświetlony blaskiem gwiazd, całkowicie zapomniałem o tak solidnie podsycanym gniewie.Przymknąłem powieki, mając nadzieję że to ją zmyli i odejdzie. Jednak nie podziałało, a mnie omiótł jej słodki zapach. Po chwili wyczekiwania i niepewności, poczułem jak trąca mnie nosem, Przez głowę przebiegła mi odruchowo myśl, czy aby na nią nie naskoczyć, jednak znikła tak szybko jak się pojawiła, a mój umysł owiała pustka. Leżałem nadal spokojnie, niczym dotknięty czarodziejską różdżką i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Amber zaczęła coś mówić, lecz do mnie docierały z trudem tylko pojedyncze słowa: Chciałam...że...rok...założyłam...watahę...chciałam...wiedział. Przetwarzanie tych skrawków zdań zajęło mi dłuższą chwilę. Nie miałem bladego pojęcia co chciała mi przekazać. Nagle wszystko ułożyło mi się w głowie: " Chciałam ci powiedzieć, że zmarnowałam rok życia. Teraz założyłam nową watahę. Chciałam żebyś wiedział." A więc zadecydowała i naprawdę postanowiła nas opuścić. Z trudem powstrzymałem się by się nie zerwać z ziemi i nie wygarnąć jej w pysk. Pozostałem w tej pozycji tylko i wyłącznie dlatego, że mnie zaskoczyła, polizała mnie:
"Bawi się mną"-myśl przeleciała mi przez umysł z prędkością światła.
"Ale to całkowicie nie podobne do Amber"
Lecz zanim zdołałem cokolwiek odpowiedzieć, poczułem że wadera się oddala. Otworzyłem oczy i przyglądałem się jak powłóczy łapami ze spuszczonym łbem. Nagle zatrzymała się, spojrzała na księżyc, uniosła pysk do nieba i zawyła dając upust swym emocją, a następnie odeszła znikając mi z oczu w ciemności, lecz teraz kroczyła z wysoko uniesioną głową.

          Zerwałem się czym prędzej z ziemi, pokonałem w sobie chęć pognania za nią i zacząłem się powoli cofać, kręcąc z wolna łbem:
" Co to w ogóle miało znaczyć. Przychodzi do mnie w nocy, powiadamia mnie że zamierza prowadzić nowe życie, a następnie znika. Ale nie od tak sobie, przecież polizała mnie... może jeszcze nie wszystko stracone, może jeszcze mamy szanse na to by...O czym ja w ogóle myślę! ". Złapałem pierwszy z brzegu kamień wbiłem go sobie zaostrzonym końcem w ramię i szybkim ruchem pociągnąłem ku dołowi. Moim ciałem wstrząsły drgawki, kamień wypadł z łapy, a w umyśle pojawiły się pierwotne instynkty. Złapałem się za krwawiącą kończynę, powstrzymując się by nie jęknąć. Ale jednak udało mi się osiągnąć pożądany cel, już nie myślałem, czułem, czułem wyłącznie przejmujący ból.
          Po kilkunastu próbach udało mi się w końcu dźwignąć na cztery łapy. Chwiałem się trochę i świat mi wirował w oczach, lecz ruszyłem powoli w stronę leża omeg. Potykając się i lądując co kilka kroków na ziemi, doczołgałem się jakoś i jak wcześniej, ułożyłem się w miarę wygodnie pod drzewem. Przez kilkanaście następnych minut, przekręcałem się z boku na bok, z powodu uciążliwego, pulsującego bólu w łapie. Dopiero przed świtem zmęczenie wzięło górę i ból zaczął mnie opuszczać, pozostając jakby za szklaną szybą
.

          Pod zamkniętymi powiekami pojawił się przedziwny obraz. Spoglądałem na samego siebie spokojnie śpiącego pod drzewem. Z jakiegoś powodu nie uważałem tego za dziwny widok. Po chwili zapomniałem o tym, że coś w tej zaistniałej sytuacji mi nie pasuje, a mój wzrok przykuł ruch na drzewie. Na początku stwierdziłem, że był to fałszywy alarm, jednak kiedy ponownie wytężyłem wzrok, okazało się, że coś ukrywa się w cieniu dębowych liści.
        Zestresowany, ze wstrzymanym oddechem przyglądałem się drzewu. Powoli jak by w zwolnionym tempie z mroku zaczęło się coś wyłaniać. Po chwili byłem pewien, że nieznana dotąd istota okazała się wilczycą, jednak to mnie nie uspokoiło. Wadera miała przeraźliwie odstręczający wygląd. Jej na pewno niegdyś białe futro było brudne i pozlepiane, jakby obślinione, czarne jak dwa węgle oczy wiały niepokojącą pustką, a ich właścicielka była wychudzona do granic możliwości. Potwór, bo inaczej jej chyba nie dało się określić, zsuwał się po pniu bezszelestnie i z każdym maleńkim krokiem był bliżej mnie. Gdy tak z boku przyglądałem się tej scenie, na myśl przyszedł mi obraz skradającej się do ofiary jaszczurki. Właśnie... ofiary, dopiero teraz poczułem przejmujący strach, chciałem krzyknąć, ostrzec bym się w tej chwili obudził, jednak nic nie działało, a wadera była coraz bliżej. Zatrzymała się wisząc na pniu, kilka cali ode mnie. Powoli otworzyła pysk, z którego powoli popłynęła gęsta posoka. Przez chwilę patrzyłem na to jak zahipnotyzowany, lecz kiedy ciemna ciecz zaczęła skapywać na mój kark wyrwałem się z odrętwienia. Teraz spoglądałem na to niemal z namacalnym obrzydzenie, lecz nic nie mogłem poradzić na to że ciecz zalewa mnie, oraz ziemię pode mną, tworząc czarna kałużę.
        Poderwałem się z ziemi i z oczami strzelającymi w każdą stronę, przeczesałem pobliski teren. Następnie odważyłem się spojrzeć na dąb. Ku mojej wielkiej uldze nic się na nim nie czaiło. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem uspokajać kołatające serce. Miałem już nieraz koszmary, lecz nigdy tak realistyczne. Zacząłem ponownie odtwarzać w pamięci sen, kiedy coś mnie zastanowiło.  Podniosłem łapę i zacząłem macać swój łeb. Był cały sklejony. Po chwili doszło do mnie co musiało zajść. Podczas snu zarzuciłem rozcięta łapę na głowę, a z krew cieknąca z rany zalała mi kark. To także wyjaśniało ten nienormalny sen. Uśmiechnąłem się, spojrzałem na gojącą się na przedramieniu ranę, i zdałem sobie sprawę, że muszę mieć sklejoną krwią sierść na całym pysku.
         No cóż szczęście w nieszczęściu i tak miałem zamiar iść przepłukać ranę, więc nie robiło mi to zbytniej różnicy, że wykąpie się cały. Ruszyłem powoli, utykając trochę na przednią łapę, w stronę strumienia. Dojście tam zajęło mi więcej czasu niż zwykle, przedarłem się przez krzaki i już stałem na brzegu. Spojrzałem na swoje odbicie w wodzie i zauważyłem jak na moje oblicze wkrada się grymas niezadowolenia. Wyglądałem gorzej niż się spodziewałem, całkiem jak bym ledwo uszedł z krwawej wojny. Podniosłem wzrok i miałem już wejść do wody, kiedy poczułem, że ktoś mi się przygląda. Odwróciłem się i spostrzegłem siedzącą parę metrów dalej Amber. "Jeszcze jej mi tu brakowało"-mruknąłem do siebie w myślach. Spojrzałem zmów w wodę, postanawiając ją ignorować , lecz dobiegł mnie głos:
-Co ci się stało?-zapytała z lekko wyczuwalnym zmartwieniem.
-Nic takiego, małe rozcięcie dużo krwi.
-Pokaż.- powiedziała, podchodząc bliżej.
-Mówię przecież, że to nic takiego. 
Wadera nie dała za wygraną i wyciągnęła łapę, w moim kierunku. Stłumiłem warkot i podałem jej ranną kończynę. Spojrzała, robiąc przy tym wielkie oczy i mruknęła:
-Taa ...małe rozcięcie, wygląda raczej jak byś chciał przepołowić łapę.
Wyrwałem jej się bez słowa i zanurzyłem  ranę w lodowatej wodzie strumienia. Starałem się nie krzywić, lecz czułem że raczej mi to nie wychodzi.
-Poczekaj, nie tak.-powiedziała wadera.-Musisz to delikatnie przemyć.
-Tak będzie o wiele szybciej.-warknąłem
-Ehhh. Daj ja to zrobię.-spojrzałem na nią niepewnie , ale wyciągnąłem łapę z wody i jej podałem.
Amber nabrała wody i delikatnie polała nią ranę. Piekło trochę, ale nie tak bardzo by syczeć i się krzywić. Powtórzyła manewr kilka razy, a następnie powiedziała:
-Skończone.
-Dzięki.-rzuciłem jej krótkie spojrzenie.
-Cały musiałeś ubabrać się tą krwią ? -zapytała po chwili.
-Jakoś tak wyszło.-spojrzałem nie chętnie na lodowatą wodę, ale i tak przecież musiałem tam kiedyś wejść. Zacząłem się podnosić kiedy Amber powiedziała:
-Zaczekaj.-nabrała jeszcze raz wody i zaczęła ocierać z krwi mój pysk. Spojrzałem na nia zaskoczony. Wilczyca spuściła wzrok:
-Shanon ja...-przerwał jej głos wołającego ją Aika.
Zobaczyłem jak waha się co zrobić i powiedziałem:
-Idź-chciała jeszcze coś powiedzieć,lecz Aik zawołał ponownie i po głosie dało sie słyszeć, że zbliża się w naszą stronę.-Idź pogadamy później.-zerknęła na mnie niepewna.-Obiecuję, tutaj o północy, a teraz idź.
Wadera skinęła głową i oddaliła się, a ja siedziałem i odprowadziłem ją wzrokiem dopóki całkowicie nie zniknęła mi z pola widzenia.

___________________________________________________________
Koniec trochę nie wypalił, ale wyjeżdżam za 15 min i nie mam zbytnio czasu. Nie wiedziałem jak opisać tą scenę ze snem, ale myślę że się w miarę połapiecie o co chodzi.

SHANON

 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz