niedziela, 5 sierpnia 2012

Shanon Omegą?

Uśmiechałemsię na widok walczącego Khara z... ekhem sami-wiecie-czym. Obojewyglądali tak uroczo, a szczególnie ona, kiedy skamlała głośno,gdy użarł ją w łapę. Wkrótce jednak mi to zbrzydło.Przesiedziałem tu już jakiś tydzień i, aż mi się odechciało.Ruszyłem truchtem na spacer. Zdążyłem już w większościzwiedzić tereny watahy, ale zawsze warto uzupełnić swoją wiedzę.Zaraz, co? Co ja myślę? Ja jestem Yudarin, a nie jakiś greckifilozof. Skąd ja znam takie słowa? Już zaczęło mi się mieszać.Może powinienem sobie zrobić przerwę od nauki, co? Moją uwagęprzykuł dziwny czarny cień przesuwający się między drzewami.Spojrzałem w tamtym kierunku, ale nic nie dostrzegłem. Wzruszyłemramionami i potruchtałem dalej nie zawracając sobie głowy takimirzeczami. Już dawno wyszedłem poza granice terytorium, ale co siębędę przejmował. Wtem w moich nozdrzach pojawił się znajomyzapach, za którym zbytnio nie przepadałem. Ta rozpoznawalna wońShanona. No, a co mi tam. Odwiedzę „przyjaciela”. Ruszyłemtropem, aż dotarłem do granic jakiejś innej watahy. Zdecydowanieczuć było smród spalenizny. Czyżby Wataha Ognia? Nagle cośskoczyło na mnie i przygniotło do trawy, a ja z trudem uniosłemgłowę do góry, aby sprawdzić, co to jest:
- Co ty tu robisz? Gadaj już! - warknął do mnie jakiś szary wilk.
- Spaceruję, a nie widać? - zapytałem starając się podnieść.
Pójdziesz ze mną – syknął zeskakując ze mnie. Posłusznie za nim podreptałem. A co się będę mieszał w akcje z tymi, co mnie mogą podpalić. Wkrótce weszliśmy między jaskinie, a moja szczęka automatycznie powędrowała w dół. Oczy stały się wielkości pomarańczy, kiedy wytrzeszczyłem je na Shanona, którego ucho obśliniał jakiś szczeniak. Spojrzał na mnie wściekle, a ja mimo woli zapytałem się sam siebie „Co ja znowu zrobiłem?”
- Co się tak gapisz? - warknął wilk truchtający przede mną. - Nigdy Omegi nie widziałeś?
- Co? - Aż usiadłem z wrażenia. Shanon Omegą? Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Hę?
- No. Ruszaj się, bo to już niedaleko – warknął wrogo, a ja nie myśląc zbyt wiele ruszyłem za nim. Wtem tuż zza zakrętu wyszła przed nas Amber. Basior idący przede mną skłonił się przed nią, a moje oczy stały się jeszcze większe niż to możliwe. Obok niej stał jakiś wilk, który uśmiechał się do mnie złośliwie.
- Siema Amber, co tam u ciebie słychać? - zapytałem ni stąd ni zowąd. Sam nie wiem, co mnie wtedy podkusiło. Może szok?
- Znamy się? - spojrzała na mnie dziwnie, a mi szczęka opadła na sam dół. Szybko się jednak opanowałem.
- Gadajcie, co jej wszczepiliście. Przecież Yudarina nie da się zapomnieć – rozejrzałem się nieco zdezorientowany po twarzach wszystkich zgromadzonych wilków.
- Znasz go kotku? - zapytał basior stojący obok Amber.
- A ty nie jesteś ten Omega z mojej starej watahy? - w jej wzroku pojawiła się nadzieja.
- Jaka Omega? Teraz już Zwiadowca, ale chyba słaby, bo ostatnio opuszczałem posterunki – wyszczerzyłem się radośnie do niej.
- Głowa go nie boli? - zapytał ten sam wilk.
- Można po imieniu? Ja jestem Yudarin, a ty? - spojrzałem na niego wciąż szeroko się szczerząc. Musiałem wyglądać jak... coś znacznie gorszego od je*niętego idioty.
- Aik – odpowiedział wilk pogardliwie. - Ale nie dane ci użyć tego imienia.
- To po co mi je podajesz? - zmarszczyłem czoło, na co Amber wybuchnęła głośnym, niepohamowanym chichotem. Szary wilk i Aik spojrzeli na nią zdumieni, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej o ile to było możliwe.
- Aik mógłbyś go zwolnić z kary? Chciałabym z nim porozmawiać w cztery oczy – wilk niechętnie skinął głową, a szary basior natychmiast wrócił na swój posterunek. Ja natomiast grzecznie potruchtałem za Amber, która zbliżała się do pobliskiego strumienia, który szemrał cicho w pobliżu. Nie odezwała się do mnie ani jednym słowem, a kiedy zrównałem się z nią na jej pysku zobaczyłem zdumienie pomieszane ze strachem i powagą. Tak szybko zmienił się jej nastrój? Chyba wyszedłem z wprawy. Trzeba poćwiczyć miny „myślące”. Zanotowałem sobie w pamięci. Gdy stanęła rozejrzała się jeszcze dokładnie, a kiedy upewniła się, że nic nam nie grozi westchnęła głęboko i położyła się na trawie.
- Co ty tu w ogóle robisz? Najpierw Shanon, teraz ty. Chcesz umrzeć? - spojrzała na mnie wyczekująco.
- Ale o co ci chodzi? Twój chłopak był całkiem miły – Gdy zobaczyłem na jej pysku wściekłość uznałem, że chyba troszkę przesadziłem.
- Zamknij się i uciekaj stąd. To nie jest miejsce dla takich jak ty.
- Tacy jak ja to znaczy jacy? - spojrzałem na nią hardo.
- Tacy silni, ale naprawdę tępi – w jej głosie rozbrzmiewała złość. Spojrzałem na nią nieco poirytowany, ale próbowałem zamaskować to uczucie. - Wybacz. Nie jestem w nastroju do żartów.
- W porządku – odparłem uśmiechając się. - To kiedy uciekamy? Shanon też?
- Ty chyba źle mnie zrozumiałeś. Ja muszę tu zostać, ale ty idź. Wracaj do watahy, ale nic im nie mów. Nie mogą się dowiedzieć – odparła spoglądając mi głęboko w oczy swym przeszywającym wzrokiem.
- Przestań się tak patrzeć, bo mam dreszcze – powiedziałem cicho, a po moich plecach faktycznie przebiegł dreszcz.
- Idź – powiedziała jeszcze i odwróciła się ode mnie, a ja zgodnie z jej życzeniem wzbiłem się w powietrze i czym prędzej odleciałem w kierunku naszej watahy.   
____________________
Wreszcie skończyłem !!!! HuRRa!! xD Nie wiedziałem jaki dać tytuł to se coś wyciąłem z tekstu i tak już wyszło. No ja u was długo nie zabawię i Amber dziękuję za komplement "Silny, ale tępy" Jak to pięknie brzmi xD 
Yudarin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz