Reszta nocy zeszła nam na pomaganiu rannym. Bezimienny Iny niestety nie przeżył, ale Hunt, Axel i Kirian jakoś trzymali się przy życiu. Gdy nastał świt padłam wyczerpana, nie mogąc dłużej dźwigać swojego ciężaru. Miałam okropne koszmary, w których cała moja Wataha została wybita przez Watahę Powietrza, albo Shanon nagle zmienił się w okropnego Demona i męczył mnie. To były doprawdy niespokojne sny...
Kiedy obudziłam się, było już po zmroku. Ciemna noc i ani żadna gwiazda zwiastowały równie ciemne dni dla naszej Watahy. Kazan, Ina i Sea byli już przytomni, ale nadal zbyt słabi żeby wstać. Szczeniakami zajmowały się Hessa i Azo, Yudarin poszedł na polowanie, a Shanon leżał przed wejściem do groty, pełniąc wartę.
Podeszłam do tego ostatniego i usiadłam obok niego, wpatrując się w zachmurzone niebo. Wyczułam w nim jakąś zmianę, jakby stał się znowu tym Shanonem, który był mi obcy i nieczuły. I raczej to mi się nie spodobało.
- Jak się masz?- spytałam po chwili ciszy, zerkając na niego z ukosa.
- Nijak- odparł twardym i suchym głosem. Brzmiało to jak warknięcie, ostrzegające żebym stąd jak najszybciej odeszła, bo stanie mi się krzywda.
- Łapa boli?
- Nie- pokręcił łbem, wbijając wzrok w obiekt zainteresowań. Nie bardzo w to wierzyłam, gdyż nadal krwawiła i rana wyglądała doprawdy paskudnie. Aż się niedobrze robiło.
- Mogę ci ją uzdrowić, jeśli...
- Nie chcę- przerwał mi oschle, wstając i odchodząc ode mnie kawałek.
- Nie, to nie.- Fuknęłam i wróciłam do jaskini, rozpaliłam małe ognisko i zajęłam się swoim szczeniakiem. Wnet usłyszałam ćwierkanie słowika, co było raczej niespotykane o tej porze roku, gdzie jeszcze w niektórych miejscach widniał śnieg. Owy ptaszek przeleciał obok ucha zdenerwowanego Shanona i wleciał do groty.
- W końcu jesteś- zaćwiergotał piskliwym głosikiem, siadając na moim ramieniu.- Wszędzie cię szukałem!
- Gówienko?- zdziwiłam się na jego widok, gdyż wcześniej praktycznie się nie pokazywał.
- Przynoszę niedobre wieści. Wataha Ognia ma zamiar na was napaść!
- CO?!- krzyknęłam niedowierzająco, strasząc przy tym maluchy.
- Alfie nie spodobało się to, że im uciekłaś- wyjaśnił pokrótce.- Postanowił więc sam cię znaleźć, no i znalazł- twoją watahę.
- To nie zaatakowała was Wataha Powietrza?- spytałam Seę, która ledwo widocznie pokręciła przecząco łbem.
- Chcą znowu nas napaść?- zwróciłam się oburzona do Gówienka, który pokiwał łebkiem.
- Nie zastał tutaj ciebie, co mu się nie spodobało, więc wyrzył się na Bogu winnych szczeniakach i reszcie stada. Wróci tu.
- Co on ode mnie chce?!
- Nie wiem, Amber- westchnął ptaszek.- Już jako waleczny szczeniak wywierałaś na nim duże wrażenie, zawsze pragnął mieć cię u swego boku, jako Beta lub nawet ktoś więcej. Tylko że ty zniknęłaś, a on znalazł nowy obiekt uczuć, Lisę. Zapomniał o tobie, do póki nie zjawiłaś się na jego terytorium. Od razu zapragnął mieć cię w jego Watasze, do której zresztą należałaś.
- Dokładnie, należałam! Teraz mam własną Watahę, nie potrafi tego zrozumieć?
- Nie jestem pewien- zmarszył brwi, zastanawiając się nad czymś.- Ale teraz doszedł też jego syn, Aik. Spodobałaś mu się, a on dostaje to, czego chce.
- Czy Aik był z jego ojcem tutaj?
- Nie, nie było go. Podobno ktoś z twojej Watahy napadł na niego i od tamtego czasu pała strachem do Watahy Życia i Śmierci, ale nadal chce mieć cię u jego boku. Zapewne przekonał do tego też jego ojca, który kocha swego syna i zrobi wszystko, żeby go zadowolić.
- Ja nigdy się nie ugnę- warknęłam po chwili ciszy. Wstałam z miejsca i wyszłam z jaskini, kierując swe kroki ku morzu. Usiadłam przy brzegu i wpatrzyłam się w swoje odbicie. Oczy wyrażały smutek, ale i zdeterminowanie, ciało oblane było szramami i ubrudzone zaschniętą krwią.
- Ja to wiem, Amber- usłyszałam po minucie głos Gówienka, który towarzyszył mi od urodzenia. Głównie w głowie, raz nawet na realu, teraz widziałam go poraz drugi w życiu.- Ale Shadow też się nie ugnie i w końcu któreś z was będzie musiało ulec. Zważając na wasze możliwości i liczebność, a także położenie, obawiam się, że to ty będziesz musiała się poddać.
- Ale ja nie chcę...- mruknęłam spuszczając nisko łeb. Nie chciałam opuszczać swojej Watahy, Sei, Yudarina a nawet Shanona, który ostatnimi czasy zaczął znaczyć dla mnie więcej.
- A chcesz patrzeć na cierpienie twoich bliskich?- spytał, przypatrując mi się.
- Nie, oczywiście, że nie...- odparłam natychmiast.
- Więc może będziesz musiała to zrobić- podsumował, głasząc mnie w łapę.- Lecę już, kochana, trzymaj się. Acha, jeszcze coś- bądź blisko z twoimi bliskimi, nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz musiała się z nimi pożegnać.- Uśmiechnął się jeszcze nieszczerze i odleciał, pozostawiając w mojej głowie mętlik.
Jako ptak, któremu zawsze ufałam i wierzyłam, który był po części mną, wiedział co czuję, podpowiadał co powinnam zrobić, dawał rady, byłam skłonna się go posłuchać i zrobić to, co konieczne- odejść do Watahy Ognia. Przecież Gówienko nie miał żadnych podstaw, żeby mnie okłamywać, prawda?
~~~
(z perspektywy Gówienka po rozmowie z Amber)
Doleciałem do dużej groty, pełniącej rolę mieszkalną i od razu podleciałem do dużego basiora, leżącego obok swojej partnerki.
- Zrobiłem, co kazałeś- zwróciłem się do Alfy, zwracając jego uwagę na sobie.- Wmówiłem jej, że lepiej będzie jeśli się podda i przy najbliższej walce ulegnie wam. Zgodnie z umową. A teraz wypuść moją żonę i dzieci!- warknąłem rozeźlony, wpatrując się w jego czarne tęczówki.
- Dziękuję ci- uśmiechnął się zadowolony, machając leniwie ogonem.- Teraz tylko krok dzieli mnie od wygranej. Dobrze się spisałeś. Żona i dzieci zostaną zaraz wypuszczone.
- Jesteś brutalem- zauważyłem tylko i wyleciałem czym prędzej z groty, mając wielkie wyrzuty sumienia, przecież przed chwilą skazałem swoją przyjaciółkę na cierpienia, jakie przyjdzie jej znosić...
__________________
Dobra, nie wiem co to jest xD Ale wena nie sługa, robi co chce ;)
Amber
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz