piątek, 3 sierpnia 2012

Zaufanie

Te wieczne kłótnie Ina vs. Yudarin lub Hessa & Shanon vs. Yudarin doprowadzały mnie do szału. Na dodatek szczeniaki wiecznie hałasowały i nie dało się normalnie funkcjonować w tej jaskini. W końcu nie wytrzymałam i wyleciałam z jaskini krzycząc: DOSYĆ TEGO! Biegłam przed siebie, nie wiedziałam gdzie. Po prostu zaufałam moim łapom. Biegłam tak już godzinę... może dwie... a może i więcej. Zatrzymałam się zziajana.  Dookoła mnie nie było nic. Zauważyłam tylko małe wzniesienia na prawo od kierunku z którego przybiegłam. Pobiegłam tam bo i tak nie mam nic do stracenia. Jak się zgubię to może chociaż Shanon się ucieszy. Gdy tak biegłam kreska robiła się coraz grubsza aż w końcu byłam wystarczająco blisko by zauważyć że to nie kreska tylko ściana gęstego lasu sosnowego. Po paru minutach zatrzymałam się przed nim. Zastanawiałam się czy warto wchodzić. Las był naprawdę gęsty a gałęzie nie przepuszczały światła słonecznego i było tam trochę ciemno. Nie żebym chronicznie bała się ciemności ale uraz z dzieciństwa został. Zdecydowałam się jednak wejść. Zrobiłam to z duszą na ramieniu. Najpierw zrobiłam dwa kroki, potem trzy, potem następne pięć, aż wreszcie szłam bez co chwilowego zastanawiania się. Nie wiem jak długo szłam. Szłam, szłam aż w końcu doszłam do najwyższej sosny jaką w życiu widziałam, która rosła na polanie. Obeszłam ją dookoła. Coś skrzypnęło na śniegu. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Znów coś skrzypnęło, ale tym razem bliżej. Po chwili to samo skrzypało co chwilę, jakby ktoś szybko szedł po śniegu. Nagle z lasu szybko wyszło duże, brązowe coś. Wszystko podziało się błyskawicznie. Najpierw ja krzyknęłam, potem to coś dopiero mnie zauważyło i również krzyknęło, a potem wrzeszcząc z strachu schowałam się za jakieś drzewo (tak dla odmiany sosna). Siedziałam tam chwilę by TO do mnie nie podeszło. Ale długo nie podchodziło.  Wreszcie odważyłam się i wyjrzałam zza drzewa i zorientowałam się że TEGO nie ma. Ślady które pozostawiał prowadziły za inne drzewo. Po chwili zobaczyłam też, że on również obserwuje mnie zza drzewa. Cofnęłam głowę i przeklinałam myśl, która kazała mi tu wejść. Coś znów zaskrzypiało na śniegu.

- Hmmm. Przepraszam, że cię przestraszyłem.

Długo się zbierałam żeby się odezwać, ale w końcu.

- Nie to ja przepraszam, że zaczęłam wrzeszczeć.

Wyszłam na polanę i zauważyłam że TO, to tak na prawdę duży, brązowy wilk, któremu w futro powplatywały się gałązki.

- Możesz coś dla mnie zrobić?

- To zależy co.

- Możesz to ze mnie wyplątać?

- Myślę że tyle mogę zrobić.

Podeszłam do niego i niezręcznie powyciągałam z jego futra śmieci Matki Natury.

- Dzięki. Mam na imię Hunt.

- Miło mi. Sea.

- Powiedz mi proszę, czy masz jakąś moc. Masz nienaturalnie niebieskie futro.

- Tak mam moc Wody. A ty?

- To tłumaczy ten niebieski. Co? Ja mam moc Wody i Ziemi. Zgubiłaś się?

- Nie. Można by powiedzieć, że uciekłam z watahy.

- A czemu uciekłaś?

- Powodów jest wiele. Ostatnio ktoś bardzo inteligenty przyjął do naszej watahy szczeniaki i nie można spać po nocach, po dniach zresztą też. Na dodatek jeden wilk nie specjalnie mnie lubi, a nasza Alfa chyba się w nim zakochała i cała sytuacja się zagmatwała. Na dodatek tenże wilk razem z dwoma wilczycami, ostatnio jedną dręczą naszego Omegę, a ja nie mogę na to patrzeć.

- Rozumiem cię. Nie przejmuj się tym. Chodź pokarzę ci coś.

Nie powinnam z nim iść, ale poszłam. Podejrzanie szybko mu zaufałam. Wyprowadził mnie z lasu i zaprowadził... właściwie nie wiem gdzie mnie zaprowadził. Po prostu nagle sobie usiadł, zadowolony i patrzył przed siebie.

- Hmmm. Tu nic nie ma.

- Nie prawda. Tu coś jest tylko tego nie widać. Musisz mi pomóc. Odgarnijmy ten śnieg.

Skapnęłam się że nie chodziło mu o własnołapne przesuwanie, tylko o magię Wody. Razem szybo odgarnęliśmy śnieg. Pod nim znajdowało się prześliczne, duże lodowisko. Światło słońca odbijało się od niego tworząc delikatną, złotawą poświatę nad nim. Hunt złapał mnie za łapę i pociągnął na lodowisko. Teraz gdy go trochę lepiej znałam, stwierdziłam, że ma uśmiech przyklejony do twarzy. Nigdy nie znikał. Muszę przyznać, że ślizgał się jak mało kto. Pobiegłam za nim. Razem tworzyliśmy niesamowite figury. Albo to ja prześlizgiwałam się pod nim, albo to on popisywał się, jeżdżąc na dwóch łapach, a potem widowiskowo lądując na karku. Śmiałam się z jego upadków, aż rozbolał mnie brzuch. Nie wiem jak długo tam byliśmy. Straciłam poczucie czasu. Wiem tylko że świetnie się bawiłam. Potem pobiegliśmy coś upolować. Złapaliśmy całą masę zajęcy, a potem rozkoszowaliśmy się nimi nad brzegiem lodowiska. Następnie, przysnęliśmy na pół godzinki po obżarstwie. W końcu stwierdziłam, że muszę wracać.

- Hunt, ja muszę już wracać.

- Rozumiem to. Miło było cię spotkać.

- Spotkamy się jeszcze?

- Nie sądzę. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Ale nie smuć się. - trącił mnie jeszcze po przyjacielsku nosem i pobiegł do lasu.

To wszystko potoczyło się tak szybko. Nawet nie zdążyłam mu zaproponować by pobiegł ze mną do watahy. Trochę smutna, trochę wesoła pobiegłam do watahy. Jestem przekonana, że na przebycie powrotniej drogi potrzebowałam połowę mniej czasu. Niezauważenie ślizgnęłam się do jaskini i położyłam spać.

_______________________________________________________

Uuuuaaaa!!!! Moje biedne palce!!!!
Sea

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz