środa, 1 sierpnia 2012

W wiosce

     Obudziłam się kolejnego dnia czując zapach kwiatów. Przeciągnęłam się i zeskoczyłam z drzewa ziewając potężnie. Sea bawiła się wodą w pobliskim szemrzącym cichutko strumieniu. Amber wylegiwała się na łące grzana przez promienie słońca. Ruszyłam powolnym truchtem napić się wody. Po chwili tłusty zając był mój. Zjadłam go w leśnym zaciszu i wróciłam do naszego "obozowiska". A raczej domu. Amber leżała w jaskini i najwyraźniej się nudziła. Sea rysowała coś pazurem po ziemi. Nagle rozbłysło niebieskie światło oczywiście ze mnie. Oświetliło jaskinię, a ja uśmiechnęłam się promiennie. Moje towarzyszki spojrzały na mnie z niekłamanym zdumieniem:
- Ujawnienie mocy. - Powiedziałam.
- Znowu??? - Zapytała Sea.
- Byłam w innym wymiarze dopiero, co wróciłam.
- A no tak. - Powiedziała i wróciła do rysowania. Amber głośno westchnęła i zwinęła się w kłębek, aby zasnąć. Wyszłam z jaskini. Na niebie gromadziły się czarne chmury. Wyszłam na łąkę. W oddali ujrzałam jakąś świecącą żółtą kropkę. Ruszyłam w jej kierunku, ale zanim zdążyłam przejść chociaż metr zaczął padać deszcz. Szybko wróciłam na drzewo postanawiając, że jutro zajmę się sprawą żółtej kropki. Rozszalała się wichura. Liście leciały z drzew. Deszcz padał tak mocno, że po chwili byłam przemoczona. Schowałam się głębiej. Tam deszcz już nie docierał, a liście tworzyły szczelną barykadę. Usłyszałam głośny grzmot i ujrzałam błyskawicę przecinającą niebo. Skuliłam się, aby było mi ciepło. Nie bałam się burzy chyba, że piorun trafiłby w moje drzewo, a, że było stosunkowo niskie było to mało prawdopodobne. Usnęłam. Obudziłam się rano. Moje futro było mokre i zmierzwione. Zeskoczyłam z drzewa i rozejrzałam się. Nie było żadnych śladów po wczorajszej wichurze. Ruszyłam nad strumień i napiłam się wody. Po chwili ruszyłam na polowanie. Upolowałam jakiegoś zająca złapanego w pułapkę. Zjadłam go i przypomniałam sobie żółtą kropkę. Ruszyłam do miejsca, w którym ostatnio ją zobaczyłam. Było za jasno. Westchnęłam i postanowiłam czekać do wieczora. Położyłam się w mokrych kwiatach i czekałam. Żaden dzień nie ciągnął mi się tak długo. Jakby ktoś zaczarował czas i kazał mu płynąć wolniej. W końcu, kiedy zaczęło się ściemniać podniosłam się i spojrzałam w miejsce gdzie powinna być żółta plamka. Była tam. Większa niż ostatnio. Nic nie mówiąc Amber i Sei, które szykowały się do snu ruszyłam pełnym biegiem w jej kierunku. Jakieś dwie mile od jaskini Amber i Sei znalazłam jakieś dziwne ślady. Zatrzymałam się.Wyglądały tak:
  
Były pomieszane z innymi śladami. Obwąchałam je. Nie przywodziły na myśl żadnego znanego mi zapachu. Ruszyłam dalej w kierunku żółtej kropki, która stawała się coraz większa. Kiedy poczułam zapach dymu zatrzymałam się. Ciągnęło mnie w tamtą stronę, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dzieje się coś dziwnego. Ciekawość jednak przemogła niezdecydowanie i ruszyłam dalej. Dotarłam do żółtej kropki. To był ogień. Wokół niego leżały jakieś tobołki, ale po chwili zrozumiałam, że to te dziwne stworzenia, które zostawiły te ślady. Niedaleko do wielkiego zwalonego drzewa stały uwiązane jeszcze dziwniejsze stworzenia. Miały cztery nogi i cicho rżały. To były konie. One zostawiły te drugie ślady patrząc na ich kopyta. Podeszłam jaszcze raz do ludzi, ale konie, kiedy tylko mnie ujrzały zaczęły głośno rżeć i wyrywać się. Ludzie wstali i zaczęli je uspokajać. Jeden z nich rzucił się na mnie. Starałam się wyrwać i udało mi się to. Ugryzłam go w ramię. Szybko zaczęłam uciekać, ale a mną podążyły dwa konie z ludźmi na grzbietach. Trzymali w rękach sznurki. Zaczęłam uciekać jeszcze szybciej, ale już mnie doganiali. Wbiegłam do jakiegoś parowu. Wskakiwałam na skały i starałam się wdrapać wyżej, ale ściany były zbyt strome, a sznur utkwił na mojej szyi i spadłam ze ściany. Pobiegam prosto do człowieka, który trzymał linę, ale wtedy druga zawiązała się na mojej szyi. Nie mogłam biec w żadną ze stron. Jeden z ludzi podszedł i starał się wcisnąć mi coś na paszczę. Coś, co nazywali kagańcem. W końcu mu się udało chociaż wyrywałam się jak mogłam. W całym zamieszaniu zniknęłam moja fioletowa obroża od przyjaciółki. Po chwili musiałam iść za nimi nadal z linami na szyi. Szliśmy cały dzień i noc. W końcu zobaczyłam więcej dymu z kilku domków. Zaczęłam się wyrywać. Chciałam wrócić do przyjaciółek, ale nic z tego. Liny były zbyt silne. Zobaczyłam wiele psów spoglądając na mnie. Koni stojących przy chatkach i największą ze wszystkich. Wyszedł z niego człowiek ubrany w koszulę i spodnie. Spojrzał na mnie z niechęci i oznajmił:
- Na szkolenie i do Zoo. Dużo nam za nią zapłacą.
- Oswoić ją?
- Tak. - Oswoić?! Nigdy!. Zaczęłam warczeć jeszcze głośniej i wyrywać się jeszcze mocniej. Jeden z ludzi zdjął mi sznury z szyi, ale jednocześnie założył obrożę i przyczepił do niej kolejny sznurek. Zaczęłam się wyrwać w kierunku bramy, ale nic z tego. Człowiek zaprowadził mnie do jakiejś klatki i siedziałam w niej cały dzień z jedzeniem i piciem. Byłam zrezygnowana. Jeszcze tego samego dnia przyszedł człowiek. Ściągnął mi kaganiec i chciał pogłaskać po głowie, ale nie pozwoliłam mu na to. Odsunęłam się jak najdalej cicho warcząc. Wrócił kolejnego dnia i zaczął się do mnie zbliżać z kawałem mięsa. Spoglądałam chciwie na mięso, a czujnie na człowieka. Po chwili głód stał się tak natarczywy, że ledwo powstrzymałam się przed rzuceniem się na mięso. W końcu rzucił je na ziemię, a wtedy skoczyłam na nie i szybko zjadłam. Nie wiadomo skąd wyciągnął kolejny kawał mięsa. Tym razem większy. Mięso pociągało mnie, ale ostrożność mówiła nie. Po chwili znów wylądowało na ziemi, a ja porwałam je z chciwością. Kolejnego człowiek uparcie nie chciał położyć na ziemi. W końcu wyrwałam mu je z reki, bo byłam przeraźliwie głodna. To było to oswajanie? Bo nie czułam się jakoś inaczej. A jak tak?
________________________________________________
No to już. Sorry, że takie nudne, ale wena mnie opuściła.  

SEOMA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz