Ruszyliśmy z Amber szybkim krokiem przemierzając las. Węszyliśmy i szukaliśmy śladów, co chyba było najgłupszym pomysłem, jako, że śnieg sypał bezustannie. Nagle stanąłem jak wryty wyczuwając w powietrzu znajomą woń ludzi. Dostrzegłem odciski ich stóp na śniegu. Niemożliwe. Zawróciłem gwałtownie i pędziłem w kierunku bliżej mi nieznany. Amber krzyknęła za mną:
- Gdzie ty biegniesz?! – Wkrótce zrównała się ze mną i stanęła mi na drodze nie pozwalając biec dalej. – Gdzie… biegniesz? – Wyspała. Nie odpowiedziałem i szybko ją wyminąłem. Nagle chwyciła mnie za łapę i poleciałem w śnieg. Trudno ją też trzeba ratować. Odwróciłem się, ale to nie była Amber. To jakiś wilk. Miał metalowe bransolety na łapach. Tuż za nim stał uśmiechnięty szyderczo człowiek. Szybko wyrwałem mu się i popędziłem dalej, kiedy przypomniałem sobie o Alfie. Zatrzymałem się gwałtownie, a po chwili przypomniałem sobie o skrzydłach. Wzbiłem się w powietrze i poleciałem prosto w kierunku Amber. Wadera leżała związana na środku polany i warczała groźnie na otaczających ją ludziów. Szybko zanurkowałem i chwyciłem ją za łapy ciągnąc z wysiłkiem w górę. W końcu leciutka nie była. Gdy wreszcie znajdowaliśmy się poza zasięgiem ludziów wylądowałem.
- CO CI ODBIŁO?! – Wrzasnęła na mnie zamiast dziękuję. Wzruszyłem ramionami i rozejrzałem się czujnie.
- Chodźmy stąd. – Oznajmiłem. Dziwnie się czułem w tamtym miejscu.
- Powiesz mi, co ci odbiło? Mięliśmy szukać Shanona i Kazana, a ty gdzieś uciekasz.
- Wiem, ale to nie jest najlepsze miejsce na pogaduszki. – Rozwiązałem ją i szybko ruszyłem przed siebie nie bacząc nawet czy wadera idzie za mną. Wtedy w moje nozdrza uderzyła znajoma woń. Kazan? Ruszyłem w tamtym kierunku i wtedy ujrzałem poranionego, prawie martwego wilka. Kazana. Amber idąca za mną zatrzymała się i spojrzała ze strachem na członka watahy. Podszedłem do niego i sprawdziłem mu puls. Żył. Kamień spadł mi z serca. Spojrzałem na niego wystraszony. Niedźwiedź go napadł czy co?
- Ż-żyje? – Usłyszałem głos Amber.
- Żyje, ale ledwo, co. – Odpowiedziałem zarzucając sobie wilka na plecy. – Może lepiej polecimy?
- Gdybym jeszcze umiała latać. – Oznajmiła spoglądając na mnie z politowaniem. Ściągnąłem z siebie Kazana i chwyciłem go łapami pokazując, że może wsiąść na moje plecy.
- Coś ci się w móżdżku poprzestawiało? Nie uniesiesz nas oboje.
- Założysz się?
- O co?
- O rację.
- Dobra. – Wadera spojrzała na mnie z powątpiewaniem i weszła mi na plecy. Chwyciłem mocno Kazana i ciężko wzbiłem się w powietrze. Amber trzymała się mnie mocno, żeby nie spaść, ale z Kazanem było gorzej. Zwisał bezwładnie na moich łapach. Wreszcie ruszyliśmy przed siebie. Starałem się jak najszybciej dolecieć do watahy, wiec latałem stylem bocianim. Wykorzystywałem kominy ciepłego powietrza, które wznosiły się ku górze. Po kilku godzinach długiego lotu dotarliśmy nad polanę, na której odpoczywała spokojnie wataha. Zanurkowałem gwałtownie i wyrównałem lot tuż przy ziemi opuszczając Kazana delikatnie w śnieg. Amber czym prędzej ze mnie zeskoczyła, a ja sam z radością poczułem grunt pod łapami. Wadera na trzęsących się łapach weszła do groty, a ja zaniosłem jeszcze tam Kazana. Za nami weszła cała reszta watahy.
- Co z nim? – Zapytała, Sea spoglądając na poobijanego wilka.
- Jest strasznie osłabiony i wychłodzony. – Odpowiedziałem wyczerpany. Moje oczy same się zamykały. – Jeśli możecie to się nim zajmijcie. Ja idę spać.
Wyszedłem z jaskini powłócząc łapami i położyłem się w swojej kryjówce. Zaraz za mną poszedł Axel i wtulił się w moje futro na brzuchu, a ja owinięty skrzydłami usnąłem. Obudziłem się kolejnego dnia szturchany przez Amber.
- Słucham? – Zapytałem dalej śpiąc.
- Dzięki, że mnie wczoraj zabrałeś od tamtych ludzi.
- A nie ma, za co. Początkowo to cię zostawiłem tam w tym lesie. – Odpowiedziałem uśmiechając się do niej.
- Jak myślisz, gdzie może być Shanon?
- W tym momencie? Może być wszędzie. – Odparłem zniesmaczony. Głównie, dlatego, że coś zajechało.
- Fuu, co tak śmierdzi? – Zapytała się mnie Amber.
- Skąd mam wiedzieć? Zaraz, zaraz. – Odkryłem swój brzuch i zobaczyłem Axela, który robił sobie kupę na śnieg tuż obok mnie.
- Fuu. – Jęknęła Amber dusząc się ze śmiechu. Spojrzałem na wilczka wściekle. Przybrał skruszoną minę i uciekł, czym prędzej. Skoczyłem za nim i wywaliłem jednym ruchem łapy.
- Jak ci się chce to mów, a nie srasz mi do posłania.
- Nie mogłem już wytrzymać. – Oznajmił z tą samą przepraszającą miną.
- Żeby mi to było pierwszy i ostatni raz. – Warknąłem i wypuściłem szczeniaka, który czym prędzej pobiegł do chichoczącego rodzeństwa. Zakopałem śmierdzące odchody i szukałem innego miejsca na spanie. Wybrałem sobie posłanie naprzeciwko jaskini ukryte w krzakach. Było tak wygodnie i przytulnie, a wiatr nie wiał, bo byłem otoczony ze wszystkich stron świata. Wtedy usłyszałem głos Iny:
- Yudarin jak tam twoje nowe mieszkanko? Co się stało ze starym?
- Tu jest wygodniej, a tam za bardzo śmierdziało tobą. – Oznajmiłem kąśliwie. Wadera warknęła i odeszła, a ja uśmiechnięty podniosłem się z posłania, aby zacząć kolejny dzień.
_________________________________________________________________
No to skończyłem :) Pisałem w Wordzie, więc czcionka trochę się zmieniła, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie xD
Yudarin
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz