piątek, 3 sierpnia 2012

Adoptowani

- Amber...- zaczął Yudarin, wywąchując coś w powietrzu.- Śmierdzisz.- Dodał po chwili, wywołując parsknięcia śmiechem wszystkich zebranych.
- Zamknij się.- Warknęłam, obiecując sobie, że Shanon za to dostanie.- Idę się wykąpać, Sea, zajmij się szczeniakiem.- Położyłam malucha przy niej, i poszłam do jeziora.
- Nie radzę.- Ostrzegł mnie Yudarin.- Jest bardzo zimna.
- A mnie to coś obchodzi.- Odparłam, ogniem wapalając dziurę, dzięki której znalazłam się pod wodą.
 Ciecz w istocie była cholernie zimna, przez chwilę poczułam silny ból w piersi, lecz zignorowałam go, i zaczęłam płynąć w tą i we wtą, żeby woda zmyła z mojej sierści siki szczeniaka.
 Przez chwilę zastanowiłam się, czy to dobrze, że wzięliśmy te "potwory", jak to je błyskotliwie nazwał Shanon.
 Po chwili, czując, że powoli tracę możliwość poruszania się, pod względem zimna, wynurzyłam się z wody, cała się trzęsąc.
- I jak kąpiel?- Spytała rozbawiona Sea, patrząc na mnie jak na idiotkę.
- Świe-ee-e-t-t-ni-e-e...- Wydukałam, czym prędzej wchodząc do jaskini, i kładąc się przy ognisku. Momentalnie poczułam przyjemne ciepło.
- Amber... em... Ona chyba chce do ciebie...- Mruknęła wadera, przychodząc do środka, i kładąc obok mnie małe stworzonko, które natychmiast przytuliło się do mnie.- Wiesz, że jest nawet do ciebie podobna, pod względem wyglądu?- Bardziej stwierdziła, porównując kolory naszych sierści. Istotnie, byłyśmy podobne.
- Sądzę, że powinniśmy poszukać ich matki...- Powiedziałam po chwili obserwowania, jak szczeniak Sei bawił się z jej łapą.
- Hm... Chyba masz rację...- Odparła po chwili, jakby ze smutkiem.- Szkoda by je tak oddawać, nie?- Spojrzała się na mnie.
- Niby racja, ale wiesz... A jeśli one mają rodzinę? Ojca i matkę? Może oboje poszli po prostu na polowanie...- Zaczęłam podawać przykłady opuszczenia dzieci.
- To nie możliwe, jaka matka zostawiłaby swoje małe SAME, i to w dodatku podczas ZIMY?!- Spytała, akcentując niektóre słowa.
- Masz rację... Ale mimo wszystko, trzeba jej poszukać.
***
    Następnego dnia, gdzieś tak nad ranem, kiedy wszyscy byli już po posiłku, zauważyłam, że Shanon nie przyszedł na śniadanie. 
- Widziałaś durnia?- Spytałam Seę, która od razu skumała o kogo chodzi, pokręciła przecząco łbem.
- Nie widziałam go od wczoraj.- Wzruszyła ramionami, idąc w kierunku jaskini, gdyż tam były szczeniaki.
- Pójdę do niego!- Krzyknęłam jeszcze za nią, dając tym samym do zrozumienia, że teraz ona rządzi. 
 Wzięłam do pyska mięso, które zostało dla wilka, i pobiegłam w stronę jego groty. Z niechęcią weszłam do środka, i zauważyłam, że basior jeszcze smacznie spał. Uśmiechnęłam się złośliwie, po czym położyłam jedzenie przy wejściu, zapaliłam małe ognisko, i wzięłam do łapy jakiś kamień. Przez chwilę obserwowałam go śpiącego, a następnie rzuciłam w niego kamykiem, prosto w głowę.
 Shanon zerwał się na równe łapy, kręcąc energicznie łbem.
- CZEGO?!- Wrzasnął na cały głos, widząc moją zadowoloną minę.
- Śniadanie.- Warknęłam w odpowiedzi, wychodząc z groty. Czułam na sobie jego wzrok, jednak zignorowałam to, i puściłam się pędem do reszty Watahy.
- Amber! No jesteś wreszcie!- Krzyknęła Sea, podbiegając do mnie. Wtedy też zauważyłam jakąś obcą mi wilczycę.
 Nic jej nie odpowiedziałam, tylko podeszłam do nieznajomej, która skinęła nisko głową.
- Jak mniemam, to ty jesteś Alfą owej Watahy, prawda?- Spytała drżącym głosem.
 Kiwnęłam potakująco głową.
- Opiekujecie się właśnie moimi szczeniakami...- Mruknęła, zerkając z ukosa na małe, które nie zauważyły swojej mamy.- Jestem wam wdzięczna za to, że je przetrzymaliście u siebie.- Powiedziała z ulgą, po chwili jednak smutniejąc. Widać było, że jest bardzo słaba i wychudzona.- Moja wataha nie toleruje dzieci Omeg...- Mruknęła cicho, tak, że tylko ja i Sea ją słyszałyśmy.- Chcieli je zabić, ale zabrałam je w bezpieczne miejsce... Alfa się zdenerwował... Ukarał mnie...- Pokazała nam ranę po głębokim ugryzieniu w szyję.- Nie mogę ich wychować, nie jestem zbyt silna... Ojciec dzieci nie żyje...- Szeptała łamiącym się głosem.- Alfa mi wybaczy, kiedy powiem, że dzieci zostały porzucone... Błagam, zaopiekujcie się moimi skarbami...- Poprosiła, wylewając łzy smutku.
- Dobrze, zaopiekujemy się nimi...- Powiedziałam bez chwili zastanowienia.
- Dziękuję. Och, dziękuję!- Szepnęła, ostatni raz patrząc na swoje szkraby. Westchnęła z bólem, a następnie pognała w stronę bliżej mi nieznaną, znikając wśród drzew.
- Czyli poszukiwanie matki mamy z głowy...- Stwierdziła wilczyca, próbując rozluźnić atmosferę.
 Kiwnęłam głową w zamyśleniu.
- Zapomniałam spytać, czy mają imiona...- Walnęłam się łapą w czoło.
- Najwyżej nazwiemy je po swojemu.- Puściła mi oko.
- Masz rację.- Kiwnęłam głową, kierując swe kroki w stronę jaskini.- Ja swoją nazwę Kirian.
- Czemu akurat takie imię?- Spytała szybko wadera, idąc za mną.- Ładne, pytam tylko z ciekawości.- Zaśmiała się, widząc moją niewyraźną minę.
- Moja mama miała tak na imię...- Odpowiedziałam po chwili namysłu. Położyłam się obok śpiącej Kirian i zaczęłam obserwować zabawy reszty szczeniaków.
___
Rozdział tak sobie mi się podoba, trochę nudny, nie?
EDIT: Yudarin, Onet jednak naprawił się, i opublikował tą twoją noktę, za późno się zorientowałam, więc proszę mnie nie bić za to, że moja notka nie zgadza się z jego.
Amber

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz