wtorek, 31 lipca 2012

Burza

      " Nie, musisz wrócić..." mruknęłam w myślach, zawracając i kierując się w stronę morza. 
  Na plaży znalazłam się wczesnym wieczorem. Shanona nie było, Lilii też nie. 
 Weszłam do wody i chwilę w niej siedziałam, napawając się dźwiękiem szumiącego morza. 
  Patrzyłam chwilę w swoje odbicie, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. 
 "Tak się zmieniłam przez te kilka tygodni..." pomyślałam, wychodząc z wody. 
 Otrzepałam się i czując głód, rozejrzałam się za zwierzyną. Po paru minutach upolowałam wiewiórkę (fuuj..), bo na nic innego nie miałam siły. 
  W końcu wrócił Shanon. Wyglądał jak nowo narodzony... Oczy miał jakieś takie... Radosne, a kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się... Wyczułam u niego jakąś zmianę... Bóg wie jaką... 
 Zaczął nawet rozmowę, bardzo ciekawą zresztą. W pewnym momencie nie wytrzymałam i zapytałam się:
- Ta radość jest spowodowana Lilią? Jeśli można wiedzieć, to czego sobie zażyczyłeś? 
- Niczego.- zaśmiał się.
 Nie uwierzyłam mu.
- Nie chcesz, to nie mów.- wstałam i odeszłam do jaskini.
 Położyłam się w niej, rozmyślając o tym, co teraz zrobić. 
Następnego dnia, było pochmurno i zbierało się na silną burzę. 
- Nie chcę wychodzić.- jęknęłam patrząc na zachmurzone niebo. 
- Inaczej umrzesz z głodu.- Shanon wzruszył ramionami, znikając za ścianą lasu. 
 Westchnęłam i weszłam głębiej. 
  Po kilkunastu minutach zaczęłam odczuwać silne ssanie w żołądku, który zaczął się upominać o swoje prawa. 
 Nagle, niebo przeszyła błyskawica, który rozpoczęła burzę. 
  Wiatr i deszcz nie zwiastowały niczego dobrego. Fale zrobiły się większe, sięgały niemalże pierwszych drzew.
 Skuliłam się, drżąc. 
  Nienawidziłam burz. Szczególnie kiedy byłam sama.
 Mimowolnie w mojej głowie zaczęły się pojawiać wspomnienia z dnia, kiedy to mój tata został zabity...
  " Walka... Strach... Wilki... Krzyk... Ból w sercu... Płacz..."
 Krzyknęłam, zrywając się na równe łapy. 
- Co jest?- spytał zdezorientowany wilk, przyglądając mi się.
- Nie... Nic...- wysapałam, powstrzymując łzy.- Zaraz wrócę...
 Wyszłam z jaskini i spojrzałam w niebo. Deszcz nadal padał, ale nagle przestało mnie to obchodzić. 
 Zaczęłam iść przed siebie, nie rozglądając się na boki... 
Nie wiedziałam jak długo idę, zatrzymałam się na jakiejś górze. 
 Ponownie poderwałam łeb do góry. 
- Tato... Powiedz mi, co mam robić?- szepnęłam, uwalniając łzy.- Czym sobie zasłużyłam na takie życie?
 Nie uzyskałam odpowiedzi.
- Przecież obiecałeś mi, że nigdy mnie nie zostawisz! Że zawsze będziesz przy mnie! I co?!- krzyknęłam. 
 Ponownie zero reakcji. Tylko grzmoty i błyskawice. 
  Rozpłakałam się na dobre... Rano wróciłam na plażę.
 Weszłam wyczerpana do jaskini i ignorując pytania Shanona- zasnęłam...
Notka do bani, ale wena nie sługa... Przepraszam, że taka krótka, ale późno już i idę spać.
AMBER

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz