Była jakaś akcja, bo do moich uszu dochodziły
niezidentyfikowane wrzaski, a potem wszystko ucichło. Nie wiem czemu,
ale nie zainteresowałem się tym specjalnie, głównie z powodu mojej choroby
i tego, że potwornie bolała mnie głowa. I wtedy wszystko ustało. Gardło
przestało boleć, kataru już nie było, głowa też w porządku. Po chwili
radośnie wybiegłem z jaskini i rzuciłem się w objęcia powietrza. Mimo iż
było ciemno szybowałem sobie nad lasem, wdychając tlen. Moje
ponad natualnej wielkości płuca wreszcie miały swoją ucztę. Wkrótce
wróciłem, ale nie wszedłem już do jaskini tylko położyłem się w śniegu i
usnąłem chłodząc rozgrzane ciało. Natychmiast usnąłem. W takim stanie
rano znalazła mnie wataha. To jest łapy do góry, plecy w śniegu i błogi
uśmiech na twarzy. Ktoś szturchnął mnie kijkiem, dlatego się obudziłem.
To była Ina:
- Słucham? - Zapytałem sennie ziewając.
- Pobudka już jest południe.
-
Nie chce mi się. Daj mi spać. Później se zjem jakąś mysz chyba, że też
chcecie to wam dam. Zjemy tak ty dostaniesz jedną łapkę, Sea drugą,
Kazan trzecią, Shanon czwartą, ja móżdżek, a Amber resztę ciałka.
- Nie dzięki. Wstawaj leniu, bo bez końca będę dźgać cię tym patykiem.
- Poskrże się, że przez ciebie mam siniaka.
- Twój problem.
-
Przestań. Maltretujesz mnie! - Wrzasnąłem, ale nie ruszyłem się z
miejsca. Dźganie natężyło się. - Ina nie gwałć mnie tym kijkiem, bo ci
wydłubie nim oko.
- Spróbujesz.
- A żebyś wiedziała.
- Ha ja już nie jestem omegą.
- No łał. Wielki obrońca Alfy się znalazł, ale niewinnych gwałci kijem. Przestaniesz?
- Jak się podniesiesz.
- A jak powiem, że nie?
- To nie przestanę.
Złapałem kijek i wyrwałem jej z łapy.
- Nie przestaniesz?
- Mam tu drugi.
-
Ina zostaw go jak nie chce to nie. - Usłyszałem głos Amber. Z ulgą
przyjąłem oddalenie się tej wadery i przewróciłem się na bok. Ponownie
usnąłem. Obudziłem się kolejnego dnia rano. Rozejrzałem się
nieprzytomnie, ale nie wstałem. I znowu po południu przyszła Ina, ale
tym razem dźgneła mnie uwaga w moje biedne poparzone plecy! Zerwałem się
z ziemi jak oparzony ze zjeżonym futrem i warcząłem. Wadera spojrzała
na mnie zdziwiona, ale po chwili i ona przyjęła bojową postawę.
Uspokoiłem się trochę, ale dalej spoglądałem na nią chłodno. Teraz niech
mnie chociaż spróbuje dźgnąć, że się tak wyrażę tym gównem. Wilczyca
odeszła zdenerwowana, a ja pononownie usnąłem tym razem chowając plecy
przy zewnętrznej ścianie jaskini. Znów przespałem cały dzień i obudziłem
się kolejnego rano. Czułem tylko potworne zmęczenie jakbym przebiegł,
co najmniej sto kilometrów. Ponownie usnąłem i obudziłem się po kilku
dniach. Nade mną stała cała wataha. Spojrzałem na nich zdumiony:
- Yudarin nic ci nie jest? - Zapytała Amber.
- A co ma być?
- Nie ruszasz się już od czterech dni. Ciągle tylko śpisz. - Oznajmiła Sea.
- No wiem.
- Nie jesteś głodny? - Zapytała Ina.
- Nie.
- Nie jadłeś nic już pięć dni. - Oznajmił Kazan.
- Potrafię wytrzymać dłużej, ale nie czuję głodu.
- Niech zaśnie i niech śpi. On jest jakiś dziwny. - Mruknął Shanon cicho.
-
Dziękuję. - Powiedziałem uśmiechając się promiennie. Ziewnąłem
przeciągle i znów zasnąłem, ale nie z własnej woli. Miałem takie piękne
sny, że chyba bym ich zabił gdyby mnie obudzili w trakcie jednego z
nich. Spałem tak sam nie wiem ile, aż poczułem, że lewituję. Było to tak
przyjemne uczucie, że jeszcze bardziej zapragnąłem zapaść w sen. Spałem
jeszcze bardzo długo, aż obudziłem się i ze zdumieniem stwierdziłem, że
jestem gdzieś w ciemnościach. Czyżbym umarł? Nie watpię w to, bo raczej
już bym się nie obudził. Byłem potwornie wychudzony jakbym nic nie jadł
jakieś trzy tygodnie. Chciałem się podnieść, ale nie uczyniłem tego,
jako, że sufit tego pomieszczenia był za nisko. Daleko przed sobą
ujrzałem światełko i zacząłem pełznąć w jego stronę. Jeszcze tylko jeden
kroczek i znów znajdowałem się na powierzchni. Śnieg wciąż jeszcze
leżał, a przy drzewie pod, którym mnie zakopano siedziała cała wataha z
grobowymi minami.
- Ej, co jest? - Zapytałem zdumiony. - Ktoś umarł?
-
No Yudarin. - Odpowiedziała Amber i spojrzała na mnie smutno. Po chwili
jednak potrząsnęła głową i spojrzała na mnie jeszcze raz. Cała reszta
watahy uczyniła to samo, a po chwili rozległy się krzyki i śmiech. O co
im chodzi? Jakim cudem umarłem skoro tu stoję? Wszyscy pobiegli w moją
stronę, i po chwili byłem miażdżony przez nich wszystkich. Tylko Shanon
nie podbiegł. On chyba nigdy mnie nie lubił.
- Ej Kazan, ale to nie jest żaden duch? To prawdziwy Yudarin? - Zapytała niespodziewanie Ina.
- Nie widziałem nigdy tak materialnego ducha.
-
Ha, ha bardzo śmieszne. Dobra puścicie mnie już? Zaraz zostanie ze mnie
kałuża. Powiecie, co tak właściwie się stało? Bo mi się wydaje, że
zapadłem w śpiączkę.
- I tu masz rację. Spałeś trzy tygodnie! TRZY TYGODNIE WARIACIE! Uwierzyliśmy, że nie żyjesz no to zrobiliśmy ci grób.
-
Ale nie zdążyliście nic napisać? No nie? Ja chce se epitafium napisać
nie ma to tamto. Macie coś do jedzenia? Bo głodny jestem.
- Ja ci się nie dziwię. - Oznajmiła Ina. - I nie będę więcej maltretować cię tym patykiem.
- Niezwykle się cieszę.
-
Tak między nami. Ina myślała, że to przez nią "umarłeś", więc cały
jeden tydzień chodziła przybita. - Powiedział mi Kazan na ucho.
Uśmiechnąłem się chcąc wybuchąć śnmiechem, ale nie odezwałem się ani
słowem. Po chwili ruszyliśmy na polowanie w wesołej atmosferze. Nie
rozumiem jednak, co ich tak ucieszyło. Byłem tylko marną omegą więc?
Przecież gdybym umarł to by mnie zakopali i sobie poszli. Nawet by nie
żałowali, a tu takie coś. Wkrótce wielki łoś był nasz i spokojnie
jedliśmy go rozmawiając i śmiejąc się.
_____________________________________________________
Jak komuś coś nie pasuje to zmienie, a i nie chce mi się poprawiać wszystkich błędów, więc sorry.
YUDARIN
Ktoś tu ma talent literacki, którego bardzo serdecznie gratulujemy.:)
OdpowiedzUsuń