(Kilka dni później...)
Powieki były dla mnie tego dnia takim ciężarem, że ledwo
powstrzymywałam się przed zaśnięciem. Chodziłam rozdrażniona i
naburmuszona, bo nie mogłam spać. Do tego jeszcze śnieg padał cały czas,
i ledwo można było się poruszać. Na szczęścia ja i Ina wypaliłyśmy
ogniem dróżkę, było straszne błoto, ale przynajmniej mogliśmy się jakoś
poruszać. Z obrzydzeniem spojrzałam na swoje brudne łapy, i weszłam do
jakieś zaspy, gdzie po chwili wyszłam całkiem czysta.
- Nieeee wiem jak wy, ale ja jestem głodna.- Powiedziała Seoma, ziewając.
-
Mi się nie chce polować.- Jęknęła Sea, zmieniając pozycję z siedzącej,
na leżącą. Przez cały ranek próbowała z naszą pomocą odkopać wejście do
jaskini.
- Z-z-z-i-i-m-m-mno.- Zaszczękała zębami Ina, wyczarowując ognisko, na którym niemalże leżała.
- Dlaczego baby zawsze muszą tak narzekać.- Burknął Kazan, przewracając oczami z dezaprobatą.
- A dlaczego faceci to takie lenie?- Odgryzłam się, patrząc na nich jak na wrogów.
- Wybacz, ale my nie mamy mocy ognia czy wody.- Wciął się Shanon.
-
Ale jesteście silniejsi od nas, łapami moglibyście odkopywać śnieg.-
Warknęłam, wyczarowując dwa ogniska, jedno dla siebie, i jedno dla Sei i
Seomy.
- Hej, a dla nas?- Spytał urażony Kazan.- Jako Alfa powinnaś opiekować się każdym z Watahy, i...
- Blah, blah, blah...- Przerwałam mu, wznosząc oczy ku niebu.
-
Dobra, nie to nie.- Odparł Shanon z cynicznym uśmiechem, po czym
wtrylonił się obok mnie, tak, że jego łeb był tuż obok mojego.
- Wiem, że mnie lubisz, ale to mała przesada.- Warknęłam z ironią w głosie.
- Nie wiesz co ja robiłem, kiedy byłaś nieprzytomna.- Zaśmiał się złośliwie, widząc moją przerażoną twarz.
(Trzy godziny później...)
- Głodna jestem.- W jaskini rozległ się jęk Seomy, któremu zawtórowało burczenie w brzuchu.
- Wszyscy jesteśmy.- Zgodziłam się, powoli zapadając w sen. Powoli, powoli, powoli... I nagle ŁUP!
-
Shanon, kochanie, mam prośbę... CZY MÓGŁBYŚ SIĘ ŁASKAWIE NIE WIERCIĆ?!-
Spojrzałam się na niego z chęcią mordu, co go tylko rozśmieszyło.
- Słodko wyglądasz, kiedy się złościsz.- Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Wybaczcie, gołąbeczki, ale ja tu UMIERAM Z GŁODU!- Wciął się rozdrażniony Kazan.
-
Dobra, ja, Seoma i Shanon pójdziemy na polowanie. Wy zostańcie i
dopilnujcie, żeby ogień nie zgasł, bo nie będę go rozpalać drugi raz! No
chyba że Ina to zrobi, a to nie jest łatwe, kiedy wszędzie jest woda!
Wadera
pokiwała gorliwie głową, i zaczęła "chronić" ogniska, kiedy my
musieliśmy otworzyć wielki korzeń, który grał rolę drzwi, i wpuścić
podmuch wilgotnego powietrza.
Minęło może trzydzieści minut zanim wyniuchałam trop, po krótkim marszu znaleźliśmy trzy sarny, które zgubiły stado.
-
Ja idę stąd, ty Seoma z lewej, A ty bałwanie z prawej.- Rozkazałam, i
gdy tamci zajęli swoje pozycje, zaczęłam się skradać, a reszta wraz ze
mną.
Jako jedyna miałam najjaśniejsze futro, więc mnie ofiary nie
zauważyły, lecz po chwili zaczęły uciekać przed Shanonem, potem przed
Seomą, i skierowały się w inną stronę, w którą ja przewidywałam.
Sparaliżowana
patrzyłam, jak trzy, pokaźnych rozmiarów łanie pędzą w moim kierunku.
Nie potrafiłam się ruszyć, strach sparaliżował wszystkie moje komórki,
czułam, że zaraz umrę. Kątem oka zauważyłam przerażoną twarz Shanona,
który również stał jakby wryty w ziemię.
Łanie dzieliło
kilkanaście centymetrów ode mnie, i kiedy zamknęłam oczy, pewna, że
zaraz umrę, jakieś ciało zasłoniło mnie, ja pod wpływem ciężaru upadłam,
a ładnie staranowały osobę leżącą na mnie.
Dopiero po chwili zdołałam otworzyć przestraszone oczy, lekko wysunąć się, i zobaczyć, kto mnie uratował.
Ku
mojemu przerażeniu, to była Seoma. Jej pysk był nienaturalnie
wykręcony, w talii miała wiele ran, z których leciały strużki krwi. Był
to okropny widok.
Czułam, że ulata z niej życie, chociaż chciała go zatrzymać.
- Seoma... Seoma, przepraszam.- Mruknęłam, płącząc nad jej pyskiem.
- N-ie masz za c-o...- Wypowiedziała ostatnie zdanie, i zasnęła snem wiecznym.
Nagle
obok mnie pojawił się Shanon, ja, nic nie mówiąc, zaczęłam jeszcze
bardziej płakać, i wtuliłam swój pysk w jego futro na torsie. Ten,
wiedząc, że nie czas na rozmowę, położył jedną łapę na moich plecach,
przytulając mnie.
Tego właśnie potrzebowałam... Wsparcia... Nigdy bym nie sądziła, że to wsparcie da mi właśnie on...
---
Pomyślałam, że trzeba jakoś godnie pożegnać Seomę...
AMBER
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz