sobota, 5 stycznia 2013

To jedno słowo...

O taaak! Takie poranki lubię.
      Obudziłam się sama, gdy cała reszta jeszcze spała. Te wszystkie denerwujące potwory na czele z Yudarinem smacznie zwinięte w kłębek leżały w kącie jaskini. Natomiast Sea zajęła miejsce tuż na przeciwko z wyraźnym obrzydzeniem.
Powoli, bez nerwów, jak najciszej podniosłam się i podreptałam ku wyjściu z jaskini. Lecz zanim moja łapa zdążyła przestąpić przez próg jaskini, usłyszałam za sobą niski gardłowy warkot. Obróciłam się powoli bez cienia emocji na pysku i spojrzałam na Seę:
-Masz zamiar uciec jak cała reszta?!!- rzuciła kotłując się ze złości.
-Nawet jeśli, to nie twoja sprawa- odparłam wściekła mierząc ją z góry na dół.
     Denerwowała mnie ta ciągle nasilającą się nieufnością. Miałam wrażenie, że jej marzeniem jest śledzenie mnie i chciałaby być na bieżąco informowana o moich postanowieniach. Ale z drugiej strony wiedziałam co czuje, bo przecież sama nie chciałam żeby jeszcze oni ( Yudarin i Sea) odeszli. Nagle nie docierało do mnie, że Amber już raczej nie wróci, to było takie nierealne, tym bardziej, że Shanona tez gdzieś wcięło. Bez nich zrobiło się tak pusto iż wcale nie dziwiło mnie to, że po kolei zaczęli znikać członkowie watahy.
      Teraz wszyscy żyliśmy w połowie, wszystko stało się takie nierealne. Wyglądaliśmy jak prawdziwe zombi. Chyba najbardziej brakowało mi Amber. Kurcze no, ona nas wszystkich trzymała w kupie i pobudzała, a teraz nie jesteśmy już na prawdę razem:
-Przepraszam, że jestem taka nerwowa, nie chciałam- zaczęła po długiej ciszy Sea.
Skinęłam jej głową na znak, że rozumiem, odwróciłam się i wyszłam bez słowa. Gdy stałam już pomiędzy drzewami, a słońce przyjemnie muskało moja sierść, przymknęłam oczy i poczułam jak zalewa mnie fala błogiego spokoju. Wygięłam wargi w delikatnym uśmiechu, założyłam słuchawki na uszy i ruszyłam tanecznym krokiem w stronę jeziora. Tańczyłam w rytm ulubionych piosenek, tak o dla odstresowania. Ale długo tak nie mogłam, musiałam pomyśleć trochę o tym wszystkim co dzieje się wokół mnie.
      Stanęłam, podniosłam głowę, zawahałam się. Nie wiedziałam czego tak naprawdę chce. Czy samotność jest moim celem, czy pragnę pomóc pozostałym w jaskini wilkom? Choć spróbować uśmierzyć ich ból, którym żyją od paru tygodni. Na domiar złego zaczęło wiać. Ni z tego ni z owego, chłodne, ostre powietrze uderzyło mnie z hałasem w twarz. Drzewa pochmurnie szumiały, a spadające liście zasłaniały mi oczy. Postanowiłam wracać.
        Wahanie znów dopadło mnie, gdy stanęłam w progu jaskini, spojrzałam w ciemność groty. Wiedziałam, że nie dojrzę nic prócz czerni, dopóki do niej nie wejdę. Wzięłam głęboki wdech i zrobiłam krok w przód zanurzając się w ciężkim mroku. Pierwszą moją myślą, było to, że powinniśmy tu uprzątnąć i porządnie wywietrzyć, zatęchły zapach kilkutygodniowych resztek przywarł do mnie i miałam wrażenie że już nigdy nie odejdzie. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się wreszcie do egipskich ciemności ogarnął mnie gniew. Sea i Yudarin leżeli w bezruchu z tępym wzrokiem wbitym w łapy, a potwory hasały bezkarnie niszcząc wszystko to co wpadło w ich łapy. Byłam taka spokojna, a oni w trzy sekundy wyprowadzili mnie z równowagi.
-Wy! Wyłazić stąd! Natychmiast! Już! Ruszać się!-wydarłam się.
-Co?! O co Ci chodzi?-odezwał się oburzony Yudarin.
         Cała zjeżyłam się, pokazałam kły i z piorunami w oczach spojrzałam na niego. Chyba eis przestraszył, bo szybko zgarnął szczeniaki i potulnie podreptał do wyjścia. Powietrze w jednej chwili zrobiło się dziwnie duszne i wilgotne. Bez obracania głowy mogłam wyobrazić sobie stojącą w drugim kącie jaskini Seę. Była na pewno zajeżona i groźnie wpatrywała się w moje plecy. Czułam ten okropny, wwiercający się wzrok.
         W regularnych odstępach rozlegał się strasznie piskliwy dźwięk, założę się, że to ona z wściekłością drapała w skalna podłogę naszego schronu.
- Jakim prawem....- zapowietrzyła się- Jakim prawem się pytam, wydajesz nam rozkazy! Jak śmiesz!
-Siedzicie tu całymi dniami, mam wrażenie, że niedługo wrośniecie w tą skałę- odpowiedziałam starając się by mój głos nie brzmiał wrogo.
-Pod nieobecność Alfy to ja tutaj rządzę i będę leżeć gdzie,jak, i tak długo mi się podoba!- warknęła i pokazała ostre śnieżnobiałe kły, jeśli chciała mnie przestraszyć, to raczej marnie jej to wyszło.
-Skończ już zgrywać wielką alfę. Jesteś taka jak my! Nie tylko tobie jest trudno,wiesz? Ogarnij się czym prędzej i może zacznijmy współpracować!- wyrzuciłam w końcu z siebie, to co tak ciążyło mi na sercu.
Chyba dotknęłam ją tymi słowami, bo przez chwilę dyszała głośno, po czym opuściła uszy i delikatnie po cichu zabrała się do odwrotu. Jedynie jej ogon pozostał cały czas napięty niczym struna. Przywodził mi na myśl radar który cały czas obserwował mnie.
         Czułam jednak, że ta sprawa nie jest jeszcze zakończona, po prostu odłożyłyśmy to na jakiś czas. Nie wiedziałam jednak co i kiedy się wydarzy. W powietrzu poczułam ciężką metaliczną woń krwi, spojrzałam na Seę która zabrała się za zbieranie kości i niedojedzone szczątki i wywalała je na zewnątrz. Rozejrzałam się po grocie i stwierdziłam, że w jaskinie naprawdę przydałoby się przeprowadzić gruntowne sprzątanie. Grubym, włochatym ogonem zaczęłam zamiatać podłogę . Niestety nie wpadłam na pomysł, że spowoduje to wzbicie się , w i tak mętne powietrze, wielkich pokładów kurzu. Ale stało się. Teraz dopiero, tonęłyśmy z Seą w pyle i brudzie. Zasłaniając oczy i nos starałam się dotrzeć do jakiejś ściany, by mieć jakiekolwiek pojęcie gdzie się znajduję. Usłyszałam, głos Sei sugerujący, że także próbuje się stąd wydostać:
-Auuu...boli! Durny kamień!
        W tym momencie już nie wytrzymałam. Cała ta sytuacja bawiła mnie niewiarygodnie. Wybuchnęłam głośnym, donośnym śmiechem. Zanosiłam się nim tak, że o mało nie straciłam równowagi.
-Nie wiedziałam, że jesteś taka tempa.-ostry syk wilczycy przeciął powietrze.
Ku mojej uciesze, wadera znalazła w końcu wyjście z groty. Z trudem dojrzałam jej sylwetkę. Jak jakaś wielka dama odwróciła się i kołysząc biodrami, lekkim kłusem wybiegła na zewnątrz. Zostałam sama wśród praktycznie nie przepuszczającej światła kombinacji powietrza i kurzu.
       Wzięłam głęboki wdech ulgi i od razu tego pożałowałam. Wszechobecny pył wywołał u mnie atak kaszlu.Oczy zaczęły łzawić, a drapanie w gardle stało się nieznośne. Musiało minąć kilka minut, bym znów modła swobodnie wziąć wdech, lecz zaczerwienione oczy nie miały najmniejszego zamiary powstrzymać potoku łez. Usiadłam i zaczęłam ocierać mokre futro na pysku. W tym samym momencie do jaskini wszedł rozanielony Yudarin. Na mój widok, zakłopotany, stanął w pół kroku. Po chwili niezręcznej ciszy zaczął się kręcić i uciekając wzrokiem po wszystkich ścianach i wymamrotał:
-Mi też ich brakuje, ale nie martw się wszystko będzie dobrze.
Spojrzałam na niego jak na niedorozwoja:
-Nie zwróciłeś uwagi na ten wszechobecny kurz! Zatarłam sobie oczy!-warknęłam, a Yudarin się wyszczerzył.
-Taaa, tak się mówi, a może do tego ci się pocą?
Przynajmniej udało mu się mnie rozśmieszyć i razem w chmurze pyłów zabraliśmy sie do pracy. Yudarin zabrał się za wynoszenie gałęzi i liści, a ja postanowiła wyczyścić jaskinię na błysk. Bez zastanowienia uderzyłam kulą wody w sufit jaskini. Ciecz rozprysła się na małe kropelki, i zaczęła powoli ociekać po ścianach naszego lokalu. Usiadłam na środku z zafascynowaniem rozglądając się dookoła, wprost nie mogłam oderwać wzroku od odbijających światło, malutkich, delikatnych kropli. Cała jaskinia błyszczała teraz, mieniąc się kolorami.
       Woda nie ominęła jednak Yudarina. Stał teraz wpatrując sie we mnie z wyrzutem w oczach, a jego sierść ociekała i przylgnęła do jego ciała, upodabniając go do wielkiego szczura. Uśmiechnęłam sie do niego przepraszająco i powiedziałam;
-Porządki to porządki, a szczerze mówiąc tobie od dawna przydałaby się kąpiel.
-Sugerujesz, że śmierdzę?
-Tak bym tego nie powiedziała, ale fiołkami też nie pachniesz.
-To się nazywa "walnąć z grubej rury" i to tak prosto w oczy! Miej serce!- udał że płacze, a ja zaczęłam się niemal turlać ze śmiechu.
Nie przestając zacieszać wyturlałam się z jaskini. Biegnący za mną wilk zrobił oburzoną minę i udawaną siłą zaczął okładać mnie łapami:
-Przez ciebie popłakałam się po raz kolejny!-wyszczerzyłam się.
-Ja za to wyglądam jak p-e-d-z-i-o, tak mi potargałaś sierść.-powiedział dokładnie akcentując każdą literkę.
Usiedliśmy obok siebie. Spokojnie wpatrywaliśmy się w jesienny krajobraz i otaczające nas drzewa. Mój umysł wyciszył się, był w stanie uśpienia. Z pewnością wyglądaliśmy jak parka młodych tryskających życiem wilczków uśmiechających się do powietrza.
        Po chwili ni z tego ni z owego zaczęły lecieć z nieba białe leciutkie płatki śniegu. Niewiele myśląc zerwałam się na cztery łapy, Po raz ostatni spojrzałam głęboko w oczy Yudarina i dałam nura w las. Nie wiedziałam dokąd biegnę, łapy niosły mnie same przez las. Czułam że mogę tak biec nawet na koniec świata, a nawet dalej, do nieznanych krain. Pomyślałam o tym, że mogę się stąd wyrwać. Wyobraziłam sobie przyszłość- ja jako odkrywca samotnie przemierzający sawanny, pustynie i ziemie skute lodem. Tak to o wiele lepsza perspektywa życia, niż to tutaj. Niż ten wszechogarniający smutek i chwilowe przebłyski spontanicznego szczęścia. Biegłam dalej co tchu w płucach, Musiałam się bardzo zmęczyć by przestać w końcu myśleć o otaczającym  mnie świecie. Chciałam położyć kres całemu cierpieniu i wyciu do księżyca.
       I nareszcie nadeszło tak długo oczekiwane zmęczenie. Już ledwo utrzymywałam się w pionie, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, głowa leciała w dół, a oczy same się zamykały. Złożyłam się jak marionetka, a mówiąc prościej, zwaliłam na ziemię. Padłam tak bez ruchu, jedynie oczy zataczały koła, przyglądając się okolicy. Czułam się jak sparaliżowana. Moje łapy i cała reszta ciała była sztywna. Mogłam tylko leżeć, leżeć i jeszcze raz leżeć. Po chwili nawet powieki zaczęły mi ciążyć niemiłosiernie, starałam się resztkami sił stoczyć z nimi walkę , nie pozwolić im opaść. Jednak przegrałam, a świat spowiła ciemność. Wsłuchałam się w swój przyśpieszony oddech, czułam, że serce wali mi jak oszalałe, a krew huczy w uszach. Powoli traciłam kontakt ze światem. Z trudem zmusiłam się do ponownego uchylenia powiek. Zamrugałam gwałtownie zaskoczona niezwykłą jaskrawością barw. Starałam się jakoś ogarnąć i zmusić zmysły do współpracy, lecz za skutkowało to jedynie bólem głowy i wirowaniem świata przed oczami.
      Nagle to wszystko skończyło się tak szybko jak zaczęło. Barwy przygasły, a świat w jednym momencie powrócił do pionu. Wszystko było by cud, miód, malina , gdyby nie to że, z pomiędzy drzew wyłonił się wielki czarny kształt. Wydawał mi się znany, ale jakoś nie mogłam sobie przypomnieć skąd. wyostrzyłam resztkami, nadszarpanych sił, wszystkie zmysły, dzięki czemu doszła mnie cała powaga sytuacji. Stałam z szeroko rozdziawioną szczęką i jakby trafiona piorunem. Nie mogłam sprecyzować tego co widzę, czułam tylko narastający strach i coś jakby smutek.
      Ku mojemu zdziwieniu wzięcie się w garść zajęło mi teraz kilka sekund. Zaczęłam się cofać na delikatnie drżących łapach. Po chwili przypomniałam sobie, że wypadałoby nastroszyć sierść i pokazać kły. Kiedy to zrobiłam, nie czułam się już jak przestraszony szczeniak. Wiedziałam, że teraz stawię czoła tajemniczej istocie. W mojej głowie pojawił się jej całkowity obraz- czarna postać wyłaniająca się z za drzew przypominała małego wygłodzonego niedźwiedzia. Tylko że końcówki jego kruczoczarnego włosia był ognisto czerwone, identycznie jak oczy. Szpony miał bardzo długie- były idealnym narzędziem zbrodni. Odniosłam wrażenie, że w tej postaci skupiają się wszystkie moje lęki.
       Bojowa postawa nie zrobiła na istocie najmniejszego wrażenia, nadal brnęła w moją stronę, przedzierając się przez krzaki. Do tego zaczęła mruczeć coś gardłowo, pomimo wielkiego zniekształcenia słów dało się usłyszeć moje imię. Przeżyłam chwilę zwątpienia , chciałam wziąć nogi za pas. Wiedziałam że nie uciekłabym daleko, lecz nie to nie pozwalał mi podjęcia próby ucieczki. To honor i moja godność. Zawsze gdy myślałam o śmierci, wyobrażałam sobie iż polegnę w walce, a nie uciekając jak najzwyklejszy tchórz.
      Podczas moich rozmyślań, potwór znacznie zmniejszył dzielącą nas odległość. Niedźwiedź postawił uszy, a oczami przewiercał mnie, wyłapując targające mną uczucia. Już nic nie myśląc rzuciłam się na niego z obnażonymi kłami. Wbiłam mu zęby w kark, próbując doprowadzić bezpośrednio do zgonu. Jednak oczywiście nie mogło to przebiec tak łatwo. Mój przeciwnik wydał z siebie głośny, ogłuszający ryk. Bez wysiłku zerwał mnie z siebie. Moment w którym moje ciało spotkało się z ziemią, poczułam tak wyraźnie, że aż pociemniało mi przed oczami. Ból pulsował w barku i rozlewał się gwałtownymi falami po reszcie ciała. Starając się nie jęczeć ruszyłam ponownie w stronę istoty. Stała nieruchomo i wpatrywała się we mnie czerwonymi pustymi oczami. Ponowiłam atak, przebiegłam obok bestii i wgryzłam się w miękkie miejsce między żebrami a miednicą. Niedźwiedź zawył i przewrócił się na plecy, młócąc gwałtownie powietrze łapami. Potężny stwór stracił na chwilę oddech. W jego oczach czaił się strach, a z gardła wydarł mu się chark. Odniosłam wrażenie, że zaraz zejdzie z tego świata na moich oczach. Postanowiłam więc mu w tym jeszcze dopomóc, i z ogromną siłą uderzyłam w niego. Krzyczałam, kopałam, darłam go na strzępy. włożyłam w to wszystkie targające mną emocje. W końcu charczenie i powarkiwanie, zmieniło się w jęki, a po jakimś czasie całkowicie zamarło. Na początku to do mnie nie dotarło, dopiero gdy ciało pode mną zaczęło się wić w śmiertelnych konwulsjach, odrzuciłam od siebie truchło i zaczęłam się przyglądać niesamowitej agonii. Ciało stwora zdawało mi się tak jakby mniejsze, a czerń zaczęła spływać z jego ciała, niczym farba zmyta przez wodę i ukazała biel przeplatana błękitem.
       Poczułam jak moje źrenice rozwierają się do granic możliwości, a umysł krzyczy jedno słowo:
SEA!!!
 
 
Hessa